I wtedy przerażony władca nakazał otoczyć miasto murem bez bram i prześwitów. Zatarto szlaki, którymi nieuważni wędrowcy mogli dotrzeć do tego miejsca. Nasadzono gęsty, nieprzystępny las. Wyrwano z ziemi drogowskazy.
Pośpiech. Strach. Nie ludzie, lecz wielkie, stwory, o ramionach sięgających ziemi i twarzach przypominających bulwy. Wstrząśnięci mieszkańcy zapędzeni na płac, w bolesnym milczeniu czekający na ukończenie budowy. Drżący pod uważnym spojrzeniem kusz.
Biała plama w historii.
Ciotka zawsze powtarzała mi, żebym nie zaśmiecała sobie głowy bezsensownymi myślami o ucieczce. Całe moje dzieciństwo było przesiąknięte naukami o godzeniu się ze swoim przeznaczeniem. "Mur to wielki dar. Gdy go budowali, wszyscy byli przepełnieni rozpaczą. Ale musisz zrozumieć, że to wszystko dla naszego dobra. Za nim nie ma dla nas przyszłości". Czemu w takim razie nie zgodziła się na wszystko i nie umarła, tak, jak było postanowione? Czemu przyjmuje mięso i dba o swój miniaturowy ogród? - myślałam gorzko. Najbardziej lubiłam siedzieć przy murze. Czułam się wtedy nieosiągalnie blisko drugiego świata. Prawdziwego świata. Gdybym tylko
potrafiła zrobić krok i przez niego przejść! Po prostu wstać, pomachać smutno, ale jednak gestem pełnym nadziei, i zniknąć w lesie po drugiej stronie. Czy od razu przyszły by mnie strzały...? Nie jestem tego taka pewna. Trzydzieści lat to dużo. Nikt już o nas nie pamięta. I nie chce pamiętać. Jedno pokolenie miało już zginąć.
Nie chciałam czekać, aż pewnego dnia spokojnie pożegnam się ze światem, leżąc na twardym sienniku. Nawet ci pogodzeni ze swoim losem chcą żyć. Dla mnie wegetacja w olbrzymim mieście, zamkniętym sięgającym nieba murem nie mogła się równać z prawdziwym życiem.W południe ściskając łuk poszłam w swoje ulubione miejsce strzelnicze. Idąc cieszyłam się z pełnych podziwu spojrzeń. Niedawno zostałam łowcą i byłam z tego niesamowicie dumna. Wspięłam się na dach dawnej stodoły. Cierpliwie czekałam przez cały dzień w palącym słońcu. Wyschnięty język ciążył mi w ustach. Tęsknie spojrzałam w kierunku studni. Nie mogłam sobie pozwolić na zejście ze stanowiska. A nuż bym przegapiła lot ptaka! Nie tracąc czujności zjadłam ostatnie schowane w kieszeni jabłko. Niewielu było łowców w mieście. Budowniczowie skazali nas na pewną śmierć z wyczerpania zapasów. Na razie nam ona nie groziła, choć wielu nie patrzyło z nadzieją w przyszłość... Dbaliśmy o niewielkie sady i ogródki, wkopywaliśmy się głęboko w ziemię w poszukiwaniu sycących larw a deszcz, tak często padający, był naszym największym darem.
Łowcy czekali na przelatujące klucze ptaków. Nieczęsto mogliśmy skosztować mięsa, więc doskonały wzrok był błogosławieństwem. Widziałam smukłe postawy innych, wyprostowane na dachach. Kren, starszy mężczyzna o surowej twarzy, Miran o potężnych ramionach, Karna, czarnowłosa, silna kobieta, Loer, młodzieniec o błękitnych oczach.
I ja. Ruth. Ciemne, kręcone włosy i piwne oczy.
Nagle zobaczyłam, jak Kren gwałtownie podnosi łuk i napina cięciwę. Poczułam pęd powietrza. Zdezorientowana przycisnęłam strzałę i spojrzałam w górę. Z ust wydobył mi się krzyk przerażenia.
Ogromny cień przesłonił słońce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentuj! Ale pamiętaj...
Nie akceptowane są wulgarne i obraźliwe komentarze oraz spam.