Spojrzał w dół. Morze nie wydawało się wściekłe, jak zwykle po gwałtownym sztormie zbierało siły, by za kilka dni ponownie zaatakować marynarzy. Przypomniał sobie, jak ojciec zawsze śmiał się podczas spotkań w gospodzie i powtarzał znajomym żeglarzom, opowiadających o swoich walkach z naturą, ze musieli mieć wyjątkowo urodziwy statek. Kiedyś podszedł do taty i spytał, o co chodzi w tym ulubionym żarcie. "Chłopcze, marynarzami zwykle nie zostają kobiety, i na morskie wyprawy nie wyruszają. Ale życie żeglarzy nie jest tak smutne, bo mają dwie kochanki - morze, impulsywną, zimną oblubienicę i swoją łajbę, nieustępliwą, wierną dziewczynę. Ale kiedy pierwsza zobaczy, ze druga za śmiało sobie poczyna, wścieka się okrutnie". - powiedział ojciec. Dalej pamiętał jego ogorzałą twarz i bujne, jasne włosy, ukryte pod krzywym kapeluszem. I to, jak opowiadał o wyprawach, patrząc w dal... I to,jak spoglądał na matkę... I...W głowie kotłowały mu się wszystkie wspomnienia, które chował w sercu przez te kilkanaście lat swego życia - domu, rodziny, miłości, morza, myśli, pragnienia...
Nagle usłyszał trzask. I w sercu poczuł jedynie lodowate przerażenie.
Odwrócił się. Jeden z załogantów radośnie stukał w deskę, która zaczęła się gwałtownie chybotać pod jego stopami. Cała załoga patrzyła na niego z pogardą. "Co się tak durny gapi w wodę!", "Tak bardzo chce już poszybować?" - nikt nie krył się ze swoimi spostrzeżeniami.
I gdy sądził, ze już dłużej nie zniesie upokorzenia, pojawił się kapitan. Szybko zostało ogłoszone oskarżenie. Wiwaty na cześć kapitana. A potem gwizdy, gwizdy, gwizdy.
Podszedł Johan. Patrzyli się na siebie przez długą chwilę, żegnając się cicho. "Ruszaj się ślamazaro i załatw wreszcie łajdaka!" - rykną któryś z załogantów. Johan drżącymi dłońmi zawiązał na jego nogach wielki, mocny węzeł. Popchnął go z powrotem na deskę. Te kilka sekund drogi zdały się nieskończonością.
"Przepraszam" - wyszeptał pospiesznie Johan - " I jeszcze ja muszę to robić! Mam nadzieję, ze mi wybaczysz wszystko, co ci zdobiłem. Nawet nie mam talentu do węzłów!"
I nagle czas przyspieszył. Johan przezornie powrócił na pokład. Deska wygięła się w łuk. Kotwica zniknęła w mrocznej toni. Poczuł zimno. Ubrania nasiąkły wodą. Spadał. Leciał. Dryfował. TONĄŁ!
I wtedy mętnym wzrokiem zlustrował linę. Nie da się opisać radości, która go ogarnęła, gdy spojrzał na splot na jego nodze. Bezzwłocznie uchwycił węzeł i zaczął go rozpaczliwie rozplątywać. Nie było to trudne zadanie, ale płuca paliły, a kotwica coraz bardziej zagłębiała się w gęstej wodzie. Niespodziewanie poczuł lekkość. Nadzieja ogarnęła jego serce. Wytrwale młócił rękami wodę.
Powietrze zdało mu się najwspanialszą potrawą, jaką kiedykolwiek miał w ustach. Nie przestając ruszać nogami i rekami rozejrzał się i gwałtowną radość i ulgę zastąpiła groza. Co prawda szanse na to, ze ktoś wypatrzy go ze statku nie były duże, bo karawela była do niego obrócona rufą, i z doskonałym wiatrem mknęła do przodu. Ale już nawet znalezienie się na przeklętym statku wydało mu się lepsze, niż śmierć, która go czekała.
Z czterech stron świata otaczało go morze. Nawet skrawka lądu! Statku! Łodzi!
Przysługa Johana wydała mu się niemal zbrodnią.
Zaczął żałować, ze zgubił swoją kotwicę. Poszukiwania jej wydawały się stratą czasu, niełatwo znaleźć tak fantastyczny metalowy przyrząd w morskich głębinach. A skoro ten genialny pomysł był niemożliwy do zrealizowania, musiał się zastanowić nad innym planem, póki jeszcze miał czas....
C.D.N.?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentuj! Ale pamiętaj...
Nie akceptowane są wulgarne i obraźliwe komentarze oraz spam.