sobota, 29 września 2012

Dwa światy. Lustrzana granica.


Kiedy przekraczam granicę staje się jasne, że nie znajduję się w tym samym pomieszczeniu. Coś mi tu nie pasuje, i mimo usilnych starań nie mogę sobie uświadomić, co to może być. Może obce ustawienie obrazków na ścianie, krzywo postawiony kwiatek, kurz nie starty z półek?
Zaczynam powoli odkrywać miejsce, w którym się znalazłam. Wszystko zdaje się brzydsze, większe, surowsze... Wiedzę wszystkie wady pokoju. Płat farby odchodzący w rogu od niedokładnie pomalowanej ściany, przepalona żarówka, uszkodzony nutnik, brudny dywan.
Nie podoba mi się tutaj. Nie tak wyobrażałam sobie to miejsce. Czuję się jak intruz, zagrożona. Nagle ogarnia mnie gwałtowna fala  strachu, chcę jak najszybciej wracać. Sprzykrzyły mi się już przygody. Kiedy to stwierdzam, czuję opanowanie. Tak, wrócę do pokoju, jakby nic się nie stało. Zejdę na obiad, odrobię lekcje, niepotrzebne mi to wędrowanie!
Obracam się, pewna, ze zobaczę znajomy plakat anioła. Uśmiecham się, uspokojona, kiedy widzę znajomego towarzysza. Nagle jednak odnajduję wzrokiem jego twarz, i krzyczę, przerażona. Zwykle pocieszająca, otwarta twarz stróża teraz jest potwornie wykrzywiona, niczym stopiona maska weneckiego balowicza. W oczach palą się czerwone ogniki. 
Gdy odwracam się w poszukiwaniu wyjścia, widzę tylko ścianę. Podchodzę do niej i uważnie obstukuję. Nie ma mowy, wiem na pewno, że to tędy weszłam! Uderzam ręką w gładką tapetę, ale słyszę tylko głuchy łoskot. Obchodzę cały pokój, czując na sobie spojrzenie piekielnego anioła. Nie mogłam przecież 
zgubić portalu, to niemożliwe! Lustro jest za duże, żeby nagle się schować! 
Przezornie zaglądam pod łóżko. Nie ma, nie ma, nie ma! 
Otwieram zniszczone, stare drzwi. Po cichym domu rozchodzi się odgłos potwornego skrzypienia. 
W przedpokoju panuje bałagan. Podłoga jest popękana, drewno, przeżarte przez korniki, głośno protestuje przy każdym moim ostrożnym kroku. Nikogo nie ma. Nawet w kuchni nie krząta się mama. Ze zlewu wysypują się brudne naczynia.
Z nową nadzieją wchodzę do łazienki. Przecież trzy duże lustra nie rozpłynęły się w powietrzu, prawda? Włącznik nie działa, kable zwisają z niego bezwładnie. Uchylam więc jak najszerzej drzwi. Nawet jeśli w ciemności nie widzę najlepiej, wiem, że ściany są gołe. Cały czas czuję się obserwowana. Niespokojnie kręcę głową w poszukiwaniu zagrożenia. Gdzie sie podziały wszystkie lustra?! Nie mam nawet kogo poprosić o pomoc,  nie wiem co robić.
Łzy napływają mi do oczu. Zostać na zawsze w tej potwornej kopii mojego domu? To miała być niezwykła przygoda! Miała zmienić moje życie... No dobrze, nauczyłam się paru rzeczy. "Nie szukaj przygód w lustrach" - to teraz moje motto. To naprawdę odmieniło moje życie...Do jasnej cholery, ale ja nie chcę go spędzić tutaj! 
Nagle słyszę znajome miauczenie. Niemalże wybucham radosnym śmiechem. Kochana kotka! Przez chwilę świat nabiera kolorów. Przynajmniej ona jest tutaj ze mną! Zaraz usiądę z najdroższym mruczydłemna kolanach, obmyślę plan, i...
Boże ratuj!
Kiciu! Co ci się stało!?
Zamiast bursztynowych oczu kot ma mlecznobiałe szklane kulki. Patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem. Nie mam odwagi się poruszyć, stoję w drzwiach łazienki jak sparaliżowana. A ona mija mnie i bezszelestnie wchodzi do kuchni. Dopiero wtedy zauważam wielki ochłap mięsa leżący w rogu.
Chcę krzyczeć, tupać, przeklinać, ale nie śmiem wydać żadnego dźwięku. Odwracam głowę, widząc, jak kot rzuca się na mięso i z głośnym warczeniem i mlaskaniem rozszarpuje je na kawałki. Opanowuję obrzydzenie i biegnę  siebie... W chwili, gdy stawiam pierwszy krok słyszę czyjś krok z tyłu. Paraliżuje mnie strach, przez chwilę w głowie mam pustkę, nie wiem, co zrobić. Nie odwracam się. Nieprzytomna z przerażenia pędzę przed siebie. Drzwi. Wiatrołap. Drzwi. Schody. Bramka. Ulica.
Kiedy zaszło słońce? Przecież jeszcze niedawno było popołudnie...Jest ciemno, a ja biegnę jak w typowym horrorze, ścigana przez nie wiadomo jaką kreaturę. Słyszę jej  stukoczące kroki i ciężki oddech. Płuca palą mnie żywym ogniem, ale nieustępliwie mknę przed siebie, do nieznanego celu, byle dalej. Nie zastanawiam się niepotrzebnie, instynkt robi swoje.
Mój wysiłek jest jednak niewiele wart. Czuję mocne uderzenie w kark. Przewracam się, krztusząc się powietrzem i śliną.
Odwracam się, i widzę twarz dziewczyny niespotykanie podobnej do mnie. Ale włosy ma splątane, zwinięte w brudne strąki, twarz wychudzoną i bladą, ręce kościste, pod długimi paznokciami zgromadził się wielotygodniowy brud.
Stoimy przez chwilę, patrząc na siebie z mieszanką pogardy  i zainteresowania. Nagle chwyta mnie mocno za ramię i szarpie za sobą. Nie wydaję nawet słowa protestu, gdy ciągnie mnie ulicą. Stara kurtka, którą ma na sobie, pachnie skoszoną trawą i dymem. 
Wchodzimy do mrocznego przedsionka, a zaraz potem do małego, dusznego pomieszczenia. Ściany są obłupane i brudne. Z czarnymi smugami wyglądają, jakby ktoś palił tu ognisko. Chyba słusznie, bo jest tu potwornie zimno. Szczelniej zapinam sweter. Dziewczyna pcha mnie na krzesło stojące na środku. Posłusznie siadam na twardym drewnie. Stoi nade mną, jakby chcąc podkreślić swoją władzę.
- Możesz mi powiedzieć, co się dzieje? - zdobywam się na odwagę. Tylko brzmi to mało dzielnie.
- A może ty mi to powiesz? - pyta ona. Ma głos jak ja, tylko trochę bardziej ochrypły. Nie odpowiadam. - Tak myślałam, że nic nie powiesz. Pewnie w ogóle nie wiesz, co to za miejsce, Głupia. Czułam, ze tu przyjdziesz i narobisz bałaganu. - odchrząka - dawno z kimś nie rozmawiałam, wiesz? Nie wiem, czego dowiedziałaś się o tym miejscu. Pewnie niewiele. Ignorantka.  Inaczej nigdy byś tu nie wtargnęła. Fajna zabawa z przechodzeniem przez lustro, prawda? - Nagle urywa i 
patrzy na mnie nienawistnie. Dźga mnie mocno w klatkę piersiową. Syczę z bólu.
- Mogłabym cię teraz zabić. Jesteś słaba. Bezbronna. Może to moja jedyna okazja...
Przez chwilę panuje cisza. Rzeczywiście, czuję się taka... słaba i krucha. Po kilku minutach napięcia znów zabiera głos. 
-... ale tego nie zrobię. Ktoś kiedyś tak to postanowił i trudno, muszę cierpieć. Widzisz, Fałszywa, nasze światy są komplementarne. Trudne słówko? To znaczy, ze istnieją razem, łączą się jak puzzle i bez siebie nie mogą istnieć. Jeden świat jest jasny, powtarzalny i obłudny. Oddziela je cienka, szklana granica, a po drugiej stronie jest szczerość, surowość i tajemnica. Czasem zdarza się, że spod dłuta natury wyjdzie Danarentum. Jest to dziecko, którego dusza dzieli się pomiędzy dwa światy i utrzymuje je w łączności. Jest taką nicią, mostem, zabezpieczeniem, dzięki któremu żaden ze światów nie odrywa się i nie traci połączenia. 
Ty jesteś jasną połówką. A raczej tak ci się wydaje. Tak naprawdę pełno w tobie fałszu  ale w dobrym świecie nie ma dla niego miejsca. Więc ja przejmuję twój grzech i fałsz. A ty w swoim domu, spokojnie, z ukochanym kotkiem, żyjesz bez pośpiechu... i zastanowienia. I stanowczo zbyt często przeglądasz się w lustrze, Próżna. Czasem lubię na ciebie popatrzeć. Najgorsza jast świadomość, że tylko przypadek sprawił, że to nie ja tam jestem...Jednak po tych wszystkich latach...Chyba już się z tym pogodziłam. Ale ty nagle wparowujesz tu bez wyraźnej potrzeby. I nie mogę tego znieść. Oczywiście ty, z czystą, piękną duszą gładko tu wchodzisz. A ja? Do żadnego świata wejścia nie mam.
- Co się stało z lustrem?
- Lustra są humorzaste. Pewnie zniknęło na chwilę, było zużyte, albo chciało naszego spotkania. Coś jeszcze chcesz mi powiedzieć? 
Siedzę cicho. I w duszy surowo się karzę. Za wszystko, każdy dzień, wszystko złe, co robiłam.
- Nie chcę ci nic powiedzieć. Chyba, ze przeprosić. Bo miałam przeczucie, ze gdzieś jesteś i przez to byłam jeszcze gorszą osobą. Tak, wiedziałam, że jestem gdzieś w drugiej postaci, ale nie potrafiłam tego przyjąć i zrozumieć, poza tym życie było tak proste... Nie troszczyć się o sumienie i nie czuć żalu. Chcę się zmienić, ale to już chyba nie ma znaczenia.
- Zawsze ma - szepcze - A więc nie chcesz wrócić do domu?
- Teraz ty możesz wreszcie zrobić to, co chcesz.
Zaskoczona patrzy  na mnie przez dłuższą chwilę.
- Ach, chyba wyślę cię z powrotem. Nie wytrzymałabym z tobą tutaj. - śmieje się, ale już bez niechęci. Wtedy zauważam lustro oparte o ścianę. Jestem pewna, że nie było go tu wcześniej... Podchodzimy do niego razem. Ściskam ją na pożegnanie. 

 


Kiedy odchodziłam, wydawało mi się, ze się do mnie uśmiecha. Kolory wróciły na jej twarz i włosy wydały się troszkę bardziej zadbane. Po chwili byłam sama. Przede mną, na ścianie, wisiało lustro. Zdawało mi się, że gdy dobrze się mu przyjrzę, widzę w jego głębi jej cień.

piątek, 28 września 2012

Świat Grisza. Spadająca gwiazda?

Ach, ten Grisz! Myślę, że każdy czasami go przypomina.
 Kręcisz głową, ale nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak często patrzysz tęsknie w niebo, szukając spadającej gwiazdy. Oczywiście to niezwykle romantyczne,najchętniej spędzałabym na tym zajęciu całe wieczory...!  Ale przecież nie to chce nam powiedzieć ten niezwykły bohater (uwielbiam go! Cieszę się, że mogłam choć przez chwilę śledzić jego losy!), prawda?


- Poproszę jeszcze dziesięć sz-sz-szałwiowych c-c-ukierków.- wymamrotał nieśmiało Grisz.
- Co? Szawiiiiełków? Mów chłopcze wyraźniej! I głośniej, jeśli łaska. - wykrzyknęła pulchna sprzedawczyni.
- Ja bym chciał dziesięć SZAŁ-WIO-WYCH CU-KIER-KÓW! - powtórzył zażenowany. Wszyscy w kolejce patrzyli na niego litościwie, gdy nerwowo pakował do kieszeni szeleszczące słodycze.
Jak najszybciej przemykał przez miasto, garbiąc się pod ciekawskimi spojrzeniami, aż wkroczył do lasu. Westchnął z ulgą i skrócił krok.
Grisz nie był urodziwy. Wysoki, o cienkiej, szarej skórze, chudy, przypominający pająka. Na okrągłe, łzawe oczy opadały ciemne kosmyki. W krainie, w której żył, nie było wielu ludzi, więcej już wesołych Flipków, człekozwierzy czy nawet gnomów. Wzbudzał jednak niechęć innych plemion, będąc dziwakiem z pogranicza światów, nieśmiałą niezdarą z poza granic miasta. Dzieci gnomy uwielbiały płatać mu psikusy, a on swoimi kościstymi, nieporadnymi rękami nie mógł ich złapać. Nawet też często nie chciał, Grisz był bowiem pokojowej bardzo natury.
Gdy doszedł do domku, położonego na spokojnej polanie w środku lasu, usiadł  na ganku i rozprostował długie nogi. Wyciągnął z kieszeni ukochany przysmak i przez chwilę rozkoszował się smakiem ziołowego cukierka na języku.
W to samo miejsce wrócił jednak jak zawsze wieczorem. Gdy słońce powędrowało daleko za wzgórza a niebo pokryło się czernią, Grisz zajął swoje miejsce na trawie  i zadarł głowę do góry. Ukochane gwiazdy migotały na ciemnej draperii. Czekał cierpliwie, z napięciem śledząc ich conocne rozmowy. Wierzył w stare prawdy i był przekonany, że życiem jego kieruje kosmos i na jego znak powinien czekać, inaczej marzenie, które chce spełnić, nigdy się nie ziści. 
Sięgnął za połę kurtki i wyjął długi, jasny flet. Z namaszczeniem przysunął go do ust i zaczął grać. Nigdy nie potrafił znaleźć słów, gdy musiał z kimś rozmawiać. Nie miał talentu do opowiadania historii. Dowcipy też nie były jego mocną stroną. Za to gdy jego palce odnajdywały otwory w białym drewnie, tworzył opowieści delikatne, piękne, poruszające. Las chłonął dźwięki, które nigdy nie dotarły do uszu żywej istoty. Grisz nie chciał już więcej grać sam dla siebie. Tak wiele pragnął powiedzieć istotom, które uważały go za niemowę. Podczas swych nocnych koncertów miał tylko dalekie, zbyt dostojne dla niego  słuchaczki.




Mijały dni. Każdy poranek podobny był do poprzedniego, kolejne wieczory niczym się nie różniły. Nawet cukierki wciąż smakowały tak samo (doskonale). W wiosce nastała radosne oczekiwanie. Niedługo na placu miała wystąpić przejezdna orkiestra. Pojawiała się w tych okolicach co parę lat. Gościła tu kilka wieczorów, odbywał się targ, różne pokazy, aż wreszcie lokalni muzycy, licząc na powiększenie grona wędrowców, prezentowali swoje talenty. Wszyscy myśleli oczywiście tylko o wspaniałym widowisku, które zagraniczni przybysze prezentowali na koncercie.
Griszowi także udzielała się ta ekscytacja. Wierzył, ze nadchodzi moment, kiedy dostanie od wszechświata szansę. Z coraz większym zniecierpliwieniem obserwował nocne niebo i z coraz większą pasją  grał.
W wieczór przed koncertem pełen nadziei wyszedł na dwór. Noc była mroźna, owinął się więc szczelnie płaszczem. Spojrzał w niebo i krzyknął przerażony.
Było czarne.
Ani jedna gwiazda nie rozświetlała ciemności.
Przez całą noc zrozpaczony Grisz siedział na ganku, trzęsąc się z zimna. Nie miał nawet siły w palcach, potrzebnej do wyjęcia instrumentu. Gdy słońce wzeszło rozprostował skostniałe, zziębnięte kończyny i poczłapał do kominka. Nie zamierzał witać orkiestry, nie chciał nawet zobaczyć jarmarku. Zawiedziony rozgrzał się i położył do łóżka.
Wydawałoby się, ze to koniec historii naszego bohatera. Cały dzień spędził w sypialni. Oczywiście spał, ale dużo tez myślał. Jego twarde postanowienie unikania święta straciło na sile, gdy usłyszał miękkie dźwięki, płynące od strony wioski. Był pewien, że nie da rady zagrać przed tłumem, ale chciał tylko posłuchać gry doświadczonych muzyków.
Cicho usiadł w ostatniej ławie. Obserwował przesłuchania, potem rozkoszował się koncertem. Zachwycony muzycznymi popisami innych bił brawo. Pierwsza cześć widowiska skończyła się wraz z zachodem słońca. Z ostatnią iskierką nadziei Grisz spojrzał w niebo i...
...znów nie zobaczył ani jednej gwiazdki.
Wtedy coś w nim pękło. Poczuł ogromną frustrację i gniew. Ostatnia okazja, by zaprezentować się odpływa, jego największe marzenie nigdy ma się nie ziścić?! Nie może nic zrobić, bo bez pomocy gwiazd...jest nikim?
Z płonąca twarzą, ku rozbawieniu i zaskoczeniu widzów wybiegł na scenę, stanął pomiędzy muzykami i rozchylił płaszcz.
- Co się pchasz niemowo!
-Złaź ze sceny dziwadle, nie psuj nam wieczoru!
Czuł na sobie spojrzenia wszystkich mieszkańców okolicznych wiosek. Już chciał sięgnąć po instrument, gdy odkrył, ze nie ma go w wewnętrznej kieszeni. Zamarł upokorzony. Już chciał schodzić ze sceny i uciekać do domu, kiedy...
- On by chciał na zagrać na flecie, ale chyba go nie wziął - usłyszał słodki głos - ale na szczęście będziemy dzisiaj mieli szansę go posłuchać!
Na podwyższenie  wgramoliła się jasnowłosa dziewczynka, z trudem utrzymując duży flet.
- Zagraj tak, jak zawsze! Dzięki tobie nigdy nie mam koszmarów i nie biję się już ciemności. - wyszeptała przejęta.
I Grisz, wzruszony i szczęśliwy, zagrał. Melodia trafiała do serc, wznosiła się pod niebo, poruszając najbardziej skrywane emocje i budząc przedwieczne historie.
Gdy wybrzmiała ostatnia nuta wszyscy mieli łzy w oczach. Wielu tęsknie patrzyło w przestrzeń. Kilka osób chwyciło się za ręce. Dopiero po chwili rozpoczęły się owacje, jakich żaden z poprzednich muzyków nie usłyszał.
Muzyk, zmęczony opowieścią, stał wzruszony. 
- Nikt nie potrzebuje spadającej gwiazdy, żeby spełnić swoje marzenia. Sami potrafimy dotrzeć na szczyt. Czasem tylko pojawiają się dobre gwiazdki, które nie pozwalają NAM spaść... - wyszeptał i po raz kolejny ukłonił się nisko i podniósł w górę flet, na co publiczność zareagowała jeszcze radośniejszymi oklaskami. Zobaczył w tłumie swoją małą słuchaczkę i pomachał do niej wesoło.
Nagle niebo rozbłysło tysiącem kolorów. Złote iskry płynęły po niebie, rozkwitały czerwone kwiaty, szalały sztormy i wybuchały wulkany. Grisz oglądał swoje pierwsze w życiu fajerwerki, i mimo nieustającej miłości do gwiazd, wydały mu się najwspanialszym cudem. Nie starał się jednak nadać im tajemnej mocy, patrzył tylko w górę, zachwycony i szczęśliwy.
Sięgnął ręką do kieszeni i wyczuł ostatniego szałwiowego cukierka. Postanowił go jednak zostawić na później.

niedziela, 23 września 2012

Cierpliwości

Przez tydzień nie pojawi się ani jeden post na blogu. Potem - wracam ze zdwojoną siłą!
Do zobaczenia, gotowy na kolejne przygody?

sobota, 22 września 2012

Świat nieszczęśliwej. Żyć normalnie.

Jadę samochodem w ciszy, tęsknie spoglądając za okno. Świat rozmywa się w wirującej szarej wstędze, lekko postrzępionej i niedoskonałej  na rogach. Matka siedzi wyprostowana jak struna za kierownicą, unikając kontaktu ze mną, a całą uwagę poświęcając zderzakowi mknącego przed nami samochodu. Oczy ma wypełnione łzami, ale chyba sama okłamuje  się, że nie płacze. Chyba jest godzina powrotu ze szkoły. Nie mogę sobie przypomnieć. Nagle stwierdzam, ze w mojej pamięci coś nie pasuje...Dlaczego?! Czarna plama we wnętrzu mego umysłu doprowadza mnie do szaleństwa, a im mocniej staram się uświadomić sobie, co tutaj robię, tym większe rozczarowanie przeżywam. Mam ochotę krzyczeć. Wrzeszczeć. Tupać! Matka na przednim siedzeniu teraz już nie oszukuje się, ze płacze. Znów się z nią pokłóciłam. Ponownie zabiera mnie na jedno z tysiąca zajęć dodatkowych. Wracamy od dyrektorki. Znów? Od lekarza. Ktoś jest chory. Tato? Ostatnio byłam niedawno, nogi jakoś nie odrosły. A to pech. Nie rozumiałam nigdy, po co do niego chodziłam. Wciąż. Ale matka nie płakałaby przecież po wizycie. Nie przy mnie. Powstrzymałam się przed spytaniem, co się stało.. Nigdy nie odpowiadała.
Kochałam samotność. Kwiaty. Ptaki. Wiersze. Najrzadziej matkę.
Chyba kiedyś było inaczej. Nie płakała tyle.
Po wypadku przestała mnie traktować normalnie. Wydawało jej się, ze tego potrzebuję. Głucha na protesty zmuszała mnie do życia prawdziwej nastolatki, którą przedtem nie byłam i nigdy nie chciałam być.
W oczach rówieśników byłam godną współczucia ofiarą, która gdy wjeżdża na wózku na szkolną dyskotekę, we wciśniętej przez matkę obcisłej sukience, sala nagle milknie.
Nie cierpiałam imprez. Nigdy. Nie miałam chłopaka. Nigdy. Nie pędziłam  z jednych zajęć na drugie z zastępami koleżanek. Nie mam nic do harcerek-wolontariuszek-dziennikarek-gitarzystek-imprezowiczek-multilingwistek... O nie, tylko to po prostu nie ja. Może urodziłam się stara. Może moja dusza przypominała wysuszoną śliwkę, podczas gdy ciało pozostawało młode? Oczywiście
trądzik zaliczam do niepożądanych efektów ubocznych przemiany ze staruszki w dziecko...
Wchodzę do domu i widzę mojego kolegę z klasy, nerwowo obserwującego zeszyt od biologii. I mamę.
Po zajęciach teatralnych kulę się upokorzenia na fotelu.
Matka organizuje moje urodziny. Na najmodniejszym basenie.
Udaję chorą, chce pobyć w domu, sama, choć jeden dzień  minut.
Spóźniam się na pierwszą lekcję.
I znów jadę autem. Nagle matka parkuje samochód i wychodzi. Wygląda strasznie. Dopiero teraz dostrzegam jej podkrążone, opuchnięte oczy i zapadłe policzki. Ubrana jest w nieforemną, czarną, wełnianą spódnicę.Nie patrzy na mnie. Wyciąga z bagażnika jakiś wielki pakunek i rusza przed siebie. Nieudolnie rozpinam się i po dłuższym czasie mozolnie sunę za matką. Nie znam tej okolicy. Wiatr ponuro świszcze w gałęziach, niebo zasnute jest gęstymi chmurami.
Przekraczamy jakąś ogromną, czerwoną bramę. Nauczyłam się nie dyskutować, więc posłusznie trzymam się w tyle. Zadbaną, wyłożoną kamienną kostką ścieżką wchodzimy do...kaplicy? Widzę krzyż. Stoją ludzie. Jest tez tato, ciotka, dziadek! Tato ma poważną minę, nie, niemożliwe. Tato płacze. Odwraca się od nas, gdy wchodzimy
-  Czy nie powinniśmy już zaczynać? - słyszę drżący głos mamy. I wtedy czuję w sobie nagłą odwagę. Podjeżdżam do nich.
- Mamo, rozumiem, ze nie lubisz ze mną rozmawiać, ale nie wiem, co się dzieje, do jasnej cholery! Co my tu wszyscy robimy?! Proszę, wyjaśnij mi! - krzyczę w przepływie frustracji, ale mój głos ginie w smutnym głosie trąbek.  I zauważam to. Trumnę?! Jestem na pierwszym w życiu pogrzebie...o nie! Już wiem. Brakuje babci. Ogarnia mnie przejmujący smutek. Kochana, cicha staruszka! Tak bardzo byłam do niej przewiązana... Jeszcze wczoraj ją odwiedzałam w szpitalu.Była taka chuda i cierpiąca. Może to się stało nagle. Matka nie chciała, nie potrafiła mi powiedzieć. o zbyt wielu cierpieniach musiała mnie informować... Nagle czuję, ze ją kocham. Mocno, bardzo, SZCZERZE! Dlaczego zrozumiałam to dopiero teraz? Stoi zgarbiona, smucąc się, rozpaczając. Ona płacze nad swoją matką,a ja nie mogłam zrozumieć mojej. Trumna stoi tuż za plecami taty.... Jakaś
czarna rękawica ostrożnie uchyla wieko. Matka ponownie wybucha płaczem. Chcę ją przytulić i...
Patrzę w swoją twarz. Bladą i zimną.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie mogę się rozpłakać.
I z tego, że nie potrzebuję wózka.
Nie potrafię się z tego cieszyć.


Zawsze chciałam latać, jak ptak. Tym razem wzbiłam się w górę. Wysoko, wysoko, ponad chmury.
 I poleciałam.







wtorek, 18 września 2012

Świat marynarza. Pożegnanie z karawelą.

 Spojrzał w dół. Morze nie wydawało się wściekłe, jak zwykle po gwałtownym sztormie zbierało siły, by za kilka dni ponownie zaatakować marynarzy. Przypomniał sobie, jak ojciec zawsze śmiał się podczas spotkań w gospodzie i powtarzał znajomym żeglarzom, opowiadających o swoich walkach z naturą, ze musieli mieć wyjątkowo urodziwy statek. Kiedyś podszedł do taty i spytał, o co chodzi w tym ulubionym żarcie. "Chłopcze, marynarzami zwykle nie zostają kobiety, i na morskie wyprawy nie wyruszają. Ale życie żeglarzy nie jest tak smutne, bo mają dwie kochanki - morze, impulsywną, zimną oblubienicę i swoją łajbę, nieustępliwą, wierną dziewczynę. Ale kiedy pierwsza zobaczy, ze druga za śmiało sobie poczyna, wścieka się okrutnie". - powiedział ojciec. Dalej pamiętał jego ogorzałą twarz i bujne, jasne włosy, ukryte pod krzywym kapeluszem. I to, jak opowiadał o wyprawach, patrząc w dal... I to,jak spoglądał na matkę... I...W głowie kotłowały mu się wszystkie wspomnienia, które chował w sercu przez te kilkanaście lat swego życia - domu, rodziny, miłości, morza, myśli, pragnienia...
Nagle usłyszał trzask. I w sercu poczuł jedynie lodowate przerażenie.
Odwrócił się. Jeden z załogantów radośnie stukał w deskę, która zaczęła się gwałtownie chybotać pod jego stopami. Cała załoga patrzyła na niego z pogardą. "Co się tak durny gapi w wodę!", "Tak bardzo chce już poszybować?" - nikt nie krył się ze swoimi spostrzeżeniami.
I gdy sądził, ze już dłużej nie zniesie upokorzenia, pojawił się kapitan. Szybko zostało ogłoszone oskarżenie. Wiwaty na cześć kapitana. A potem gwizdy, gwizdy, gwizdy.
Podszedł Johan. Patrzyli się na siebie przez długą chwilę, żegnając się cicho. "Ruszaj się ślamazaro i załatw wreszcie łajdaka!" - rykną któryś z załogantów. Johan drżącymi dłońmi zawiązał na jego nogach wielki, mocny węzeł. Popchnął go z powrotem na deskę. Te kilka sekund drogi zdały się nieskończonością.
"Przepraszam" - wyszeptał pospiesznie Johan - " I jeszcze ja muszę to robić! Mam nadzieję, ze mi wybaczysz wszystko, co ci zdobiłem. Nawet nie mam talentu do węzłów!"
I nagle czas przyspieszył. Johan przezornie powrócił na pokład. Deska wygięła się w łuk. Kotwica zniknęła w mrocznej toni. Poczuł zimno. Ubrania nasiąkły wodą. Spadał. Leciał. Dryfował. TONĄŁ!
I wtedy mętnym wzrokiem zlustrował linę. Nie da się opisać radości, która go ogarnęła, gdy spojrzał na splot na jego nodze. Bezzwłocznie uchwycił węzeł i zaczął go rozpaczliwie rozplątywać. Nie było to trudne zadanie, ale płuca paliły, a kotwica coraz bardziej zagłębiała się w gęstej wodzie. Niespodziewanie poczuł lekkość. Nadzieja ogarnęła jego serce. Wytrwale młócił rękami wodę.
Powietrze zdało mu się najwspanialszą potrawą, jaką kiedykolwiek miał w ustach. Nie przestając ruszać nogami i rekami rozejrzał się i gwałtowną radość i ulgę zastąpiła groza. Co prawda szanse na to, ze ktoś wypatrzy go ze statku nie były duże, bo karawela była do niego obrócona rufą, i z doskonałym wiatrem mknęła do przodu. Ale już nawet znalezienie się na przeklętym statku wydało mu się lepsze, niż śmierć, która go czekała. 
Z czterech stron świata otaczało go morze. Nawet skrawka lądu! Statku! Łodzi! 
Przysługa Johana wydała mu się niemal zbrodnią.
Zaczął żałować, ze zgubił swoją kotwicę. Poszukiwania jej wydawały się stratą czasu, niełatwo znaleźć tak fantastyczny metalowy przyrząd w morskich głębinach. A skoro ten genialny pomysł był niemożliwy do zrealizowania, musiał się zastanowić nad innym planem, póki jeszcze miał czas....



C.D.N.?

niedziela, 16 września 2012

Świat Ruth. Za murem.


 I wtedy przerażony władca nakazał otoczyć miasto murem bez bram i prześwitów. Zatarto szlaki, którymi nieuważni wędrowcy mogli dotrzeć do tego miejsca. Nasadzono gęsty, nieprzystępny las. Wyrwano z ziemi drogowskazy. 
Pośpiech. Strach. Nie ludzie, lecz wielkie, stwory, o ramionach sięgających ziemi i twarzach przypominających bulwy. Wstrząśnięci mieszkańcy zapędzeni na płac, w bolesnym milczeniu czekający na ukończenie budowy. Drżący pod uważnym spojrzeniem kusz.
Biała plama w historii.

Ciotka zawsze powtarzała mi, żebym nie zaśmiecała sobie głowy bezsensownymi myślami o ucieczce. Całe moje dzieciństwo było przesiąknięte naukami o godzeniu się ze swoim przeznaczeniem. "Mur to wielki dar. Gdy go budowali, wszyscy byli przepełnieni rozpaczą. Ale musisz zrozumieć, że to wszystko dla naszego dobra. Za nim nie ma dla nas przyszłości". Czemu w takim razie nie zgodziła się na wszystko i nie umarła, tak, jak było postanowione? Czemu przyjmuje mięso  i dba o swój miniaturowy ogród? - myślałam gorzko. Najbardziej lubiłam siedzieć przy murze. Czułam się wtedy nieosiągalnie blisko drugiego świata. Prawdziwego świata. Gdybym tylko 
potrafiła zrobić krok i przez niego przejść! Po prostu wstać, pomachać smutno, ale jednak gestem pełnym nadziei, i zniknąć w lesie po drugiej stronie. Czy od razu przyszły by mnie strzały...? Nie jestem tego taka pewna. Trzydzieści lat to dużo. Nikt już o nas nie pamięta. I nie chce pamiętać. Jedno pokolenie miało już zginąć. 

Nie chciałam czekać, aż pewnego dnia spokojnie pożegnam się ze światem, leżąc na twardym sienniku. Nawet ci pogodzeni ze swoim losem chcą żyć. Dla mnie wegetacja w olbrzymim mieście, zamkniętym sięgającym nieba murem nie mogła się równać z prawdziwym życiem.
W południe ściskając łuk poszłam w swoje ulubione miejsce strzelnicze. Idąc cieszyłam się z pełnych podziwu spojrzeń. Niedawno zostałam łowcą i byłam z tego niesamowicie dumna. Wspięłam się na dach dawnej stodoły. Cierpliwie czekałam przez cały dzień w palącym słońcu. Wyschnięty język ciążył mi w ustach. Tęsknie spojrzałam w kierunku studni. Nie mogłam sobie pozwolić na zejście ze stanowiska. A nuż bym przegapiła lot ptaka! Nie tracąc czujności zjadłam ostatnie schowane w kieszeni jabłko. Niewielu było łowców w mieście. Budowniczowie skazali nas na pewną śmierć z wyczerpania zapasów. Na razie nam ona nie groziła, choć wielu nie patrzyło z nadzieją w  przyszłość... Dbaliśmy o  niewielkie sady i ogródki, wkopywaliśmy się głęboko w ziemię w poszukiwaniu sycących larw a deszcz, tak często padający, był naszym największym darem. 
Łowcy czekali na przelatujące klucze ptaków. Nieczęsto mogliśmy skosztować mięsa, więc doskonały wzrok  był błogosławieństwem. Widziałam smukłe postawy innych, wyprostowane na dachach. Kren, starszy mężczyzna o surowej twarzy, Miran o potężnych ramionach, Karna, czarnowłosa, silna kobieta, Loer, młodzieniec o błękitnych oczach.
 I ja. Ruth. Ciemne, kręcone włosy i piwne oczy.
Nagle zobaczyłam, jak Kren gwałtownie podnosi łuk i napina cięciwę. Poczułam pęd powietrza. Zdezorientowana przycisnęłam strzałę i spojrzałam w górę. Z ust wydobył mi się krzyk przerażenia. 
Ogromny cień przesłonił słońce.




sobota, 15 września 2012

Adresat: TY

Witaj!
Tak, ty. Nie odwracają się, do ciebie mówię! Posłuchaj, bo mam niemałą tajemnicę do przekazania...
Nie jestem normalna. Możesz mnie nazwać wariatką, ja wolę określenie marzycielka..
Pisanie to moja pasja. To dzięki niemu potrafię robić rzeczy, o których wielu marzy. W ciągu sekundy zmienić postać i w mgnieniu oka przenieść się do świata ze snów...lub koszmarów. Jeśli pragniesz być członkiem moich wypraw, będę zaszczycona.
Zapraszam do odwiedzenia wszystkich światów, w tym okazyjnie kochanej Ziemi, które pojawiły się w mojej głowie.





Podróżniczka

PS: To nie  książka ułożona rozdziałami. Każdy post jest inny od poprzedniego. Będziesz śledził historie rożnych bohaterów i odkrywał inne miejsca. Przez jakiś czas podążymy znalezionym tropem, zostawimy go na chwilę, wrócimy...Ogólna idea podróży - rożne miejsca, istoty, opowieści, obrazy, legendy. To, co przyniesie los.  Nie ma sztywnego planu! Wyobraźnia  jest mało uporządkowanym towarzyszem wyprawy... :-) 


PS2: Chętnie przeczytam Twój komentarz!