niedziela, 30 czerwca 2013

Notatka (o ptakach)

Chciałabym rozpędzić się i wzbic w powietrze. Szukałam na moich plecach skrzydeł. Długo oglądałam siebie i sprawdzałam wagę swoich kości. 
Uwierzcie mi, wszyscy którzy czytacie moje słowa (czyli ja i mój kot, który, jestem przekonana, podkrada mój pamiętnik! I kręci głową z pożałowaniem, ale lepiej się do tego nie przyznawać...), że dokonałam niewiarygodnego odkrycia. Nie jestem upadłym aniołem, smokiem, potomkiem pradawnych bogów, a z moją niechęcią do krwistych steków nie mam tez powiązania z wampiropodobnymi stworzonkami, więc jesli oczekiwaliscie tej wiadomości, przepraszam najmocniej. Zachęcam was jednak do poszukiwania podobnych wybryków natury w swoim sąsiedztwie, jestem pewna, że kogoś takiego znajdziecie!
Oddalalamy się jednak od głównego tematu, co zasadniczo podaje w wątpliwość moje zdolności jasnego wyrazania myśli. No cóż, przepraszam. A w zasadzie wcale nie jest mi przykro - pisanie według ustalonego schematu to niewyobrażalna nuda! 
Ale! Przecież powiedziałam, że dokonałam odkrycia. A to bardzo ważne odkrycie, uwierzcie!
Masz skrzydła! Tak! Wlasnie tak! 
Nie pędź teraz do lustra. Poczekaj. Wszystko ci wytlumaczę. Chyba, że inny temat wyda mi się bardziej interesujące. Ha-ha! 
Dreptamy wszyscy po ziemi, nieporadnie, podskakując śmiesznie jak szare wróble. Wbijamy dzioby jedynie na tyle głęboko, żeby wyciągnąć ziarno czy dwa. Obijamy się o pręty klatek, nie dostrzegając otworu u góry. I wierząc, że nie potrafimy już latać.
Latanie zabiera ptakom mnóstwo energii. Wiedzieliście o tym? Pewnie tak. Widzieliście miejskie gołębie, które nieustannie poszukują miedzy stolikami w restauracji resztek jedzenia. Wciąż trawią i jedzą, trawią i jedzą. Ale poźniej - ach - później wzbijają się wysoko w powietrze!
Gdyby nie latały ich życie byłoby bardzo proste. Przydreptałyby do kilku zieren, pochłonęlyby je w kilka minut. Trochę kalorii na dojście w bezpieczne miejsce i żaden dodatkowy wysiłek nie byłby potrzebny.
Dziś poczułam się zupełnie jak ten wynaturzony ptak, którego zaspokajają dwa ziarenka słonecznika. Ktorego myśli kłębią się powolnie, koncentrując na rzeczach niewartych większej uwagi.
I... zaczęłam szukać u siebie skrzydeł, o których zapomniałam tak dawno.
Wyobraziłam sobie, jak przebijam się przez sprężyste zwały chmur (mogę pogodzić się z tym, że nie smakują jak bita śmietana, chociaż to wielkie rozczarowanie!) i patrzę na ziemię z gory. Nawet nie widzę trzymających się blisko ziemi wróbelków.
Walczę z atakującym mnie wiatrem, łapię przyjazne prądy powietrza, robię radosne fikołki. Śmieję się głośno. I płaczę rozpaczliwie.
A więc? 
Aby wzbic się w powietrze, trzeba znaleźć przepaść. Porządną, głęboką wyrwę w ziemi. Taką, że gdy stanie się na jej skraju serce bije szybciej, a po plecach przechodzi dreszcz. Albo wspiąć się na wysoką skałę. Albo poszukać potężnego drzewa (to dla bardziej zdolnych, nie każdy może pokonać te gałęzie, które złośliwie rosną zawsze za daleko od siebie!).
I skoczyć...
...wierząc, że nowoodkryte skrzydła uchronią nas przed zderzeniem z ziemią. 





                                      

Bardzo dużo stopni Fahrenheita.

Siedzimy wszyscy w swoich pokojach. Znacie to uczucie?  Gorąc obezwładnia, mięśnie rozmiękają, a mózg, jak to mózg, zdaje się rozpychać głowę, poszukując wyjścia z tej nagrzanej klatki. 
Nie ucieknie. 
Oczywiscie w związku z tym inteligencja zrównuje się z poziomem osiąganym przez przeciętnie tępego orangutana, tyle że miejsce bananów zajmuje na liście "największe pragnienie" szklanka lodowato zimnej, hipergazowanej Coca-Coli. 
No, ale rzecz jasna w lodówce znajduje się wszystko oprócz niej. Właściwie to lodówka jest prawie pusta, więc o większości rzeczy można tak powiedzieć... Oprócz wybitnie śmierdzącego sera pleśniowego. On zawsze zajmuje jedną z półek dzięki fantastycznemu koneserowi odrażająco pachnącego nabiału, Hansowi. Gdyby nie on, nigdy bym nie przypuszczał, że ser może tak POTWORNIE JECHAĆ.
Nie ma w niej także wody. Stoi tuż koło jej drzwiczek, szczerząc się złośliwie. Czy tylko ja mieszkam z gościami posiadającymi niemałe stypendia i sporo ważące książki, którzy nie potrafią zakręcić i schować wody do lodówki? GAZOWANEJ wody? 
Naprawdę? Najwidoczniej jestem jedyny. Wspaniale.
Więc leżę na moim niewymiarowym łóżku dla dziesięciolatków z poważną nadwagą i wpatruję się w rzęrzący wiatrak, poruszający się z zawrotną prędkością. Dzisiaj jeszcze nie dotarła do mnie żadna chłodząca fala, ale staram się zachować cierpliwość. Trzeba dać staruszkowi troszkę czasu.
Cezar siedzi w wannie. Chyba jeszcze żyje, bo co chwilę słychać chlupanie i głośne przekleństwa, kiedy nasza dzielna żarówka stara się wysłać odrobinę światła w miniaturową przestrzeń łazienki i co jakiś czas robi sobie brzęczącą przerwę na odsapnięcie. Wtedy Cezar zaczyna wychodzić z wanny, żeby włączyć i wyłączyć światło po czym wybiera jedną z kilku opcji czynności wytwarzających niecenzuralne słowictwo:
a) przy wychodzeniu po ciemku z wanny uderza się w krawędź (klasyka!)
B) strąca cały rząd płynów do mycia i szamponow (te należące do Tori są najgorsze - mają dziwne kształty i zwykle nie należą do najlżejszych)
C) poślizguje się na wilgotnej macie
D) po wykonaniu wszystkich tych czynności dochodzi do kontaktu, a kochana żarówka sekundę wcześniej zapala się entuzjastycznym światłem.
Tori zapewne mimo wszystko ślęczy nad zadaniami, pożerając kolejne jabłka, które potrafi obgryźć do jednej struny ogryzka. Albo śmieje się tryumfalnie do białego wiatraka Hansa, który ostatnio dostał od mamy. Kiedy tylko wyjechał do domu spryciula wkradła się do jego klitki i zabrała to cudo dla siebie. 
No dobra, ona zwykle nie śmieje się triumfalnie...
Wspólne mieszkanie to dobór naturalny w pełnej krasie. I dziwnym trafem w większości konkurencji wygrywa nasza mała Tori, mimo tego całego czasu, który marnuje na pielegnacji afro (które jest pofarbowane na końcach na... nie, nie na niebiesko. Boże, ile ona mi to tłukła do głowy. Ach, turkusowo! W kazdym razie jest serio czadowe!) i przygotowywaniu "zdrowego żarcia".
Przez chwilę mam nawet ochotę pójść do szkoły, tylko żeby przylgnąć do mojej miłości, wspaniałego, nowiutkiego klimatyzatora. Toż to wynalazek ludzkości! Dzieło geniuszu!
Lodówka - ona też może należeć do śmietanki wynalzków. Przez chwilę rozważam wpakowanie się do niej, ale jednak rezygnuję. Trzeba mieć odrobinę godności. 
No dobra, nie chodzi mi o godność. Ten ser...!
Poruszam ręką i czuję zastygnięty pancerz potu.  
Prysznic!
Wstaję z gracją dziewięćdziesięciolatka i podchodzę do drzwi łazienki.
- Cee - ee- zaa- rrr! - drę się w rytm stukania.
Chlupot.
- Co- o- o? - przedrzeźnia mnie, tyle że mówi to monotonnie i burkliwie.
- Chcę się wreszcie wykąpać!
- Dzięki za proppzycję, ale mam dziewczynę. Poszukaj innego partnera do wodnych igraszek, stary.
- Wyłaź wreszcie, siedzisz tam od kilku godzin! Wyglądasz już jak Mistrz Joda. Założę się, że zaraz zaczniesz dziwnie gadać! 
- Wyjdę, kiedy będę miał ochotę - odpowiada dyplomatycznie Cezar. 
Każdy wysiłek powoduje jeszcze większe wydzielanie potu, więc postanawiam zrezygnować z kłótni z naszą wielkonosą syrenką.
Człapię do kuchni, chcąc przynajmniej ochlapać sobie twarz. Pochylam się nad małym zlewem, dziwnym trafem niewypełnionym talerzami, i jak zwykle odkręcam niewłaściwy kurek, kierując na siebie fontannę gorącej wody. Przeklinam pod nosem i podejmuję drugą próbę. 
Wycieram twarz w kawałek ręcznika papierowego, kieruję go lotem koszącym do przepełnionego kubła (trafiam) i nagle orientuję się, że ktoś siedzi w metalowym krześle przy okrągłym stole.
I cicho chichocze.