Dym otaczał nas mglistym obłokiem i znikał w ostrym jak brzytwa powietrzu. Było ciemno, bardzo ciemno. Jeśli wydaje wam się, że w nocy zawsze panuje mrok, to nie wiecie nic o świecie. Nie nabijam się, serio. Albo zawsze siedzicie w bezpiecznym domu.Ta noc była czarna i kleista. Mrok przywierał do naszych kurtek, osiadał na płaszczach, mamił wzrok, a latarnie niewiele potrafiły zdziałać i ich mętne światło ledwie radziło sobie ciemnością.
Tara sięgnęła bez słowa do mojej kieszeni. Chwile grzebała w całym moim dobytku, aż gniewnie wykrzyknęła:
- Znów podziałaś moją zapalniczkę?! Dałam ci ją tylko na chwilę!
Wiadomo, że jej nie podziałam. Ale Tara to moja najlepsza przyjaciółka, więc niespecjalnie miałam ochotę wydawać się z nią w bezsensowne dyskusje. Szczególnie, że niespecjalnie potrafiłam dowieść, że to ONA jak zwykle ją zgubiła. Kiedy się z kimś trochę pożyje, człowiek rozumie, że kłótnia to najgorsza opcja z możliwych. Zamiast tego rezolutnie wyjaśniłam jej, że i tak fajki się skończyły, więc po nic jej ta zapalniczka. Gryzła się z tym trochę, ale w końcu odpuściła. Zauważyłam, że noc jest dziwna, ale Tara niespecjalnie lubiła rozwodzić się nad takimi sprawami. Robiło się coraz zimniej. Ciaśniej owinęłam wokół szyi zniszczony szalik. Nie pamiętałam, skąd go miałam. Lubiłam myśleć, że dostałam go kiedyś od mamy. Ręcznie robiony, w odcieniu ciemnego fioletu, musiał być kiedyś bardzo ładny. Mama...już dawno nie myślała o mnie i tym bardziej o szalikach.
Siedziałyśmy w milczeniu. Czasami są takie chwile, kiedy fajki się skończyły, a rozmowa się nie klei.
- Wracasz? - spytała mnie po dłuższej chwili.
- Chyba żartujesz... Gdzie dzisiaj śpimy?
- Nie wiem. W ogóle nie chce mi się spać.
- Mnie też.
Spacerowałyśmy dużo. Podobno kiedy jest zimno, trzeba dużo chodzić. Było mi bardzo, bardzo zimno. Trzęsłam się cała, wszystkimi mięśniami, do tępego bólu.
Zaszłyśmy w ciemną ulicę. Niewiele latarni działało, tylko kilka smętnie spoglądało na ziemię. Podeszłyśmy do jednej z nich i usiadłyśmy na krawężniku , tuląc się do siebie skostniałymi kośćmi.
Nawet nie zauważyłam, kiedy się odwróciła. Gapiłam się tępo w asfalt pod stopami.
- Łucja.
Nie odrywałam wzroku od faktury ulicy. Nie miałam ochoty na rozmowę, naprawdę. Ledwo poruszałam mięśniami powiek.
-Ł-Łucja... - jęknęła, dźgając mnie w ramię.
-Co.
Posłusznie się odwróciłam i zamarłam. Krzyk uwiązł mi w gardle, przeradzając się w przerażone stęknięcie. Tara błyskawicznie się podniosła.Ciągnęła mnie. Nie potrafiłam wstać, jak zahipnotyzowana trwałam, nie odrywając wzorku od tego makabrycznego widoku.
Drzwi. Stalowe, grube, niepasujące do niedokończonej, pozbawionej okien willi. Pokryte bordowymi, grudkowatymi smugami. Uchylone. Metaliczny zapach. Intensywny.
- Łucja. Łucja. Chodź, proszę, proszę.
Zaczęłam niezdarnie biec. Plączące się nogi stanowiły przeszkodę nie do pokonania. Tara mnie wyprzedziła. Biegła zwinnie, lekko. Boże, co za głupie nogi!
Odwróciłam się.
KTOŚ TAM STAŁ. TAM. STAŁ. KTOŚ.
Na środku ulicy. Czarna, czarniejsza od nocy, najczarniejsza. Zbliżającą się...
...do mnie.
Biegnij idiotko!
Tary nigdzie nie było.
Złapał mnie. Szalik zaciskał się na mojej szyi, coraz ciaśniej, ciaśniej. Poleciałam do tyłu. Leżałam na ziemi, czułam jak krew z mojej głowy wsiąka w drogę. Pochylał się nade mną. Nic nie widziałam. Włożyłam rękę do kieszeni. Była tam. Oczywiście!
Płomień rozbłysnąłby tuż przed jego oczami. Gdyby miał oczy.
Tym razem nie miałam problemu z krzykiem. Darłam się jak oszalała, wierzgając nogami, szarpiąc szalikiem, tłukąc rękami o asfalt.
- Dlaczego?! - ryczałam, kiedy ciągnął mnie po zmrożonej ziemi.
Nagle poczułam, jak coś mnie łapie z drugiej strony.
-Cudownie - pomyślałam - normalnie zgrabny worek ziemniaków. (Często w trudnych chwilach objawia się moje sarkastyczne poczucie humoru.)
Tara stała z płonącymi oczami, ściskając w ręku cherlawy konar.
- Tato, zostaw ją. - syknęła.
- Czemu? Jakiś kaprysik nastolatki?- odezwał się głos ponad mną. - zawsze je bez dyskusji przyprowadzasz.
Zauważyłam, z mojej mało wygodnej pozycji, że nie do obrzydliwej kreatury mówi. Stwór stał nieruchomo, jakby odłączony od prądu. Natomiast dalej dostrzegłam mężczyznę w garniturze. Co się tu do diabła działo?
- Nie, tylko nie ona. Zostaw ją. Nie wiedziałam nawet, że tu teraz robisz te potworności.Nigdy bym tu nie przyszła, potworze!- płakała.
-Dawno cię nie było. Uciekałaś głuptasie? - to słowo brzmiało idiotyczne w jego ustach - może pozwolimy ci z mamą ZNÓW wrócić, ale...
- Chodźmy Łucjo. - wyszeptała. Tyle że ja nie mogłam wstać.
I wtedy ciemność pochłonęła mnie zupełnie.
Zemdlałam.