Kręcisz głową, ale nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak często patrzysz tęsknie w niebo, szukając spadającej gwiazdy. Oczywiście to niezwykle romantyczne,najchętniej spędzałabym na tym zajęciu całe wieczory...! Ale przecież nie to chce nam powiedzieć ten niezwykły bohater (uwielbiam go! Cieszę się, że mogłam choć przez chwilę śledzić jego losy!), prawda?
- Poproszę jeszcze dziesięć sz-sz-szałwiowych c-c-ukierków.- wymamrotał nieśmiało Grisz.
- Co? Szawiiiiełków? Mów chłopcze wyraźniej! I głośniej, jeśli łaska. - wykrzyknęła pulchna sprzedawczyni.
- Ja bym chciał dziesięć SZAŁ-WIO-WYCH CU-KIER-KÓW! - powtórzył zażenowany. Wszyscy w kolejce patrzyli na niego litościwie, gdy nerwowo pakował do kieszeni szeleszczące słodycze.
Jak najszybciej przemykał przez miasto, garbiąc się pod ciekawskimi spojrzeniami, aż wkroczył do lasu. Westchnął z ulgą i skrócił krok.
Grisz nie był urodziwy. Wysoki, o cienkiej, szarej skórze, chudy, przypominający pająka. Na okrągłe, łzawe oczy opadały ciemne kosmyki. W krainie, w której żył, nie było wielu ludzi, więcej już wesołych Flipków, człekozwierzy czy nawet gnomów. Wzbudzał jednak niechęć innych plemion, będąc dziwakiem z pogranicza światów, nieśmiałą niezdarą z poza granic miasta. Dzieci gnomy uwielbiały płatać mu psikusy, a on swoimi kościstymi, nieporadnymi rękami nie mógł ich złapać. Nawet też często nie chciał, Grisz był bowiem pokojowej bardzo natury.
Grisz nie był urodziwy. Wysoki, o cienkiej, szarej skórze, chudy, przypominający pająka. Na okrągłe, łzawe oczy opadały ciemne kosmyki. W krainie, w której żył, nie było wielu ludzi, więcej już wesołych Flipków, człekozwierzy czy nawet gnomów. Wzbudzał jednak niechęć innych plemion, będąc dziwakiem z pogranicza światów, nieśmiałą niezdarą z poza granic miasta. Dzieci gnomy uwielbiały płatać mu psikusy, a on swoimi kościstymi, nieporadnymi rękami nie mógł ich złapać. Nawet też często nie chciał, Grisz był bowiem pokojowej bardzo natury.
Gdy doszedł do domku, położonego na spokojnej polanie w środku lasu, usiadł na ganku i rozprostował długie nogi. Wyciągnął z kieszeni ukochany przysmak i przez chwilę rozkoszował się smakiem ziołowego cukierka na języku.
W to samo miejsce wrócił jednak jak zawsze wieczorem. Gdy słońce powędrowało daleko za wzgórza a niebo pokryło się czernią, Grisz zajął swoje miejsce na trawie i zadarł głowę do góry. Ukochane gwiazdy migotały na ciemnej draperii. Czekał cierpliwie, z napięciem śledząc ich conocne rozmowy. Wierzył w stare prawdy i był przekonany, że życiem jego kieruje kosmos i na jego znak powinien czekać, inaczej marzenie, które chce spełnić, nigdy się nie ziści.
Sięgnął za połę kurtki i wyjął długi, jasny flet. Z namaszczeniem przysunął go do ust i zaczął grać. Nigdy nie potrafił znaleźć słów, gdy musiał z kimś rozmawiać. Nie miał talentu do opowiadania historii. Dowcipy też nie były jego mocną stroną. Za to gdy jego palce odnajdywały otwory w białym drewnie, tworzył opowieści delikatne, piękne, poruszające. Las chłonął dźwięki, które nigdy nie dotarły do uszu żywej istoty. Grisz nie chciał już więcej grać sam dla siebie. Tak wiele pragnął powiedzieć istotom, które uważały go za niemowę. Podczas swych nocnych koncertów miał tylko dalekie, zbyt dostojne dla niego słuchaczki.
Mijały dni. Każdy poranek podobny był do poprzedniego, kolejne wieczory niczym się nie różniły. Nawet cukierki wciąż smakowały tak samo (doskonale). W wiosce nastała radosne oczekiwanie. Niedługo na placu miała wystąpić przejezdna orkiestra. Pojawiała się w tych okolicach co parę lat. Gościła tu kilka wieczorów, odbywał się targ, różne pokazy, aż wreszcie lokalni muzycy, licząc na powiększenie grona wędrowców, prezentowali swoje talenty. Wszyscy myśleli oczywiście tylko o wspaniałym widowisku, które zagraniczni przybysze prezentowali na koncercie.
Griszowi także udzielała się ta ekscytacja. Wierzył, ze nadchodzi moment, kiedy dostanie od wszechświata szansę. Z coraz większym zniecierpliwieniem obserwował nocne niebo i z coraz większą pasją grał.
W wieczór przed koncertem pełen nadziei wyszedł na dwór. Noc była mroźna, owinął się więc szczelnie płaszczem. Spojrzał w niebo i krzyknął przerażony.
Było czarne.
Ani jedna gwiazda nie rozświetlała ciemności.
Przez całą noc zrozpaczony Grisz siedział na ganku, trzęsąc się z zimna. Nie miał nawet siły w palcach, potrzebnej do wyjęcia instrumentu. Gdy słońce wzeszło rozprostował skostniałe, zziębnięte kończyny i poczłapał do kominka. Nie zamierzał witać orkiestry, nie chciał nawet zobaczyć jarmarku. Zawiedziony rozgrzał się i położył do łóżka.
Wydawałoby się, ze to koniec historii naszego bohatera. Cały dzień spędził w sypialni. Oczywiście spał, ale dużo tez myślał. Jego twarde postanowienie unikania święta straciło na sile, gdy usłyszał miękkie dźwięki, płynące od strony wioski. Był pewien, że nie da rady zagrać przed tłumem, ale chciał tylko posłuchać gry doświadczonych muzyków.
Cicho usiadł w ostatniej ławie. Obserwował przesłuchania, potem rozkoszował się koncertem. Zachwycony muzycznymi popisami innych bił brawo. Pierwsza cześć widowiska skończyła się wraz z zachodem słońca. Z ostatnią iskierką nadziei Grisz spojrzał w niebo i...
...znów nie zobaczył ani jednej gwiazdki.
Wtedy coś w nim pękło. Poczuł ogromną frustrację i gniew. Ostatnia okazja, by zaprezentować się odpływa, jego największe marzenie nigdy ma się nie ziścić?! Nie może nic zrobić, bo bez pomocy gwiazd...jest nikim?
Z płonąca twarzą, ku rozbawieniu i zaskoczeniu widzów wybiegł na scenę, stanął pomiędzy muzykami i rozchylił płaszcz.
- Co się pchasz niemowo!
-Złaź ze sceny dziwadle, nie psuj nam wieczoru!
Czuł na sobie spojrzenia wszystkich mieszkańców okolicznych wiosek. Już chciał sięgnąć po instrument, gdy odkrył, ze nie ma go w wewnętrznej kieszeni. Zamarł upokorzony. Już chciał schodzić ze sceny i uciekać do domu, kiedy...
- On by chciał na zagrać na flecie, ale chyba go nie wziął - usłyszał słodki głos - ale na szczęście będziemy dzisiaj mieli szansę go posłuchać!
Na podwyższenie wgramoliła się jasnowłosa dziewczynka, z trudem utrzymując duży flet.
- Zagraj tak, jak zawsze! Dzięki tobie nigdy nie mam koszmarów i nie biję się już ciemności. - wyszeptała przejęta.
I Grisz, wzruszony i szczęśliwy, zagrał. Melodia trafiała do serc, wznosiła się pod niebo, poruszając najbardziej skrywane emocje i budząc przedwieczne historie.
Gdy wybrzmiała ostatnia nuta wszyscy mieli łzy w oczach. Wielu tęsknie patrzyło w przestrzeń. Kilka osób chwyciło się za ręce. Dopiero po chwili rozpoczęły się owacje, jakich żaden z poprzednich muzyków nie usłyszał.
Muzyk, zmęczony opowieścią, stał wzruszony.
- Nikt nie potrzebuje spadającej gwiazdy, żeby spełnić swoje marzenia. Sami potrafimy dotrzeć na szczyt. Czasem tylko pojawiają się dobre gwiazdki, które nie pozwalają NAM spaść... - wyszeptał i po raz kolejny ukłonił się nisko i podniósł w górę flet, na co publiczność zareagowała jeszcze radośniejszymi oklaskami. Zobaczył w tłumie swoją małą słuchaczkę i pomachał do niej wesoło.
Nagle niebo rozbłysło tysiącem kolorów. Złote iskry płynęły po niebie, rozkwitały czerwone kwiaty, szalały sztormy i wybuchały wulkany. Grisz oglądał swoje pierwsze w życiu fajerwerki, i mimo nieustającej miłości do gwiazd, wydały mu się najwspanialszym cudem. Nie starał się jednak nadać im tajemnej mocy, patrzył tylko w górę, zachwycony i szczęśliwy.
Sięgnął ręką do kieszeni i wyczuł ostatniego szałwiowego cukierka. Postanowił go jednak zostawić na później.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentuj! Ale pamiętaj...
Nie akceptowane są wulgarne i obraźliwe komentarze oraz spam.