Mam nadzieję, że i Wam się spodoba!
środa, 31 października 2012
Mystery Film Experiment
Ostatnio dużo pisałam, ale nic, niestety, na bloga nie trafi. Za to bardzo zależy mi na podzieleniu się pewnym wyjątkowym filmikiem. To zespół Sigur Ros i fantastyczne poruszenie muzyki i opowieści. Często powracam do niego powracam i zawsze dostrzegam coś innego, skupiam się na muzyce, treści, lub po prostu...przenoszę się do świata, który znajduje się, tym razem, nie w mojej wyobraźni. To rekompensata za brak postów:-)
Mam nadzieję, że i Wam się spodoba!
Mam nadzieję, że i Wam się spodoba!
niedziela, 21 października 2012
Umierający Świat. Kiedy nie ma już siły, by biec.
Biec. Iść. Byle dalej. Bez celu. Bez ratunku. Do przodu. Zakręt. Pęd. Prawo-lewo? Prawo. Zaraz, nie. Prosto.
Płuca płaczą. Ludzie płaczą.
Nigdy nie stawaj. Mówili. Biegnij. Powtarzali.
Zawsze tak robiłem. Kiedy widziałem ogień, dym, duszące, gęste opary, roje owadów, wilki, chmury strzał, widma wzbijające się w powietrze, moje nogi rwały się do biegu.
Tego dnia szczególnie odczułem, jak nas nienawidzą. Na miasto spadały płonące pociski, ludzie w panice chowali się za domami, licząc bezmyślnie, że unikną kary. Jeszcze tego nie widziałem. Była to zupełnie nowa broń, która nawet NAS zdziwiła. Małe kulki były zanurzone w lepkiej masie. Przed zetknięciem z ziemią eksplodowały w kakofonii dziwacznych, gulgoczących odgłosów.
Kiedyś zastanawiałem się, czy to się skończy, pytałem nieustannie dlaczego, nie rozumiałem. Kiedyś.
Kiedyś zastanawiałem się, czy to się skończy, pytałem nieustannie dlaczego, nie rozumiałem. Kiedyś.
Teraz patrzyłem mętnym wzrokiem na mój ukochany dom, oblepiony żółtą cieczą i moje oczy zdawały się przeraźliwie suche. Nie zaskoczyło mnie nawet, że glutowata substancja zaczęła się poruszać, oplatając mięsistym cielskiem komin. Jak przez mgłę przypomniałem sobie, jak siedziałem z bratem i mocowałem na dachu metalowego kogucika ze sterczącymi piórkami.
Czemu oni wciąż krzyczą? Usłyszałem niedalekie lamenty kobiet. Wszędzie to żółte ohydztwo. Pełznące, trawiące ostatki naszego życia.
- Ratunku, ratunku! - wrzeszczeli, miotając się, nie mając gdzie uciec. Dawno nam tego nie zrobili, o tak. Zdążyliśmy zapomnieć.
Biegłem mechaniczne przed siebie. Coś trafiło mnie w nogę. Paliło żywym ogniem, wniknęło do wnętrza żył. Nie było drogi ucieczki. Od wschodu do zachodu płomienie i bezkostne kreatury.
Może to już ostateczna zagłada naszego przeklętego miasta. Może.
Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. Władze mętnie wyjaśniały nadchodzące zmiany. A potem ratusz opustoszał i zaczął się Armagedon. Najpierw opieszały, przyspieszał gwałtownie. Podobno splamiliśmy się grzechami tak licznymi, że nie mogliśmy żyć normalnie, w oczekiwaniu na piekło po śmierci. Mądre-Stwory powtarzały, że tylko niewinni przeżyją cierpienia, które zostaną zesłane na nasze domy. Lubowali się w okrucieństwie. Żywili się nim. Tak myślę. Nieważne. Pojawiały się coraz to nowe bronie i dotkliwszy ból dotykał naszych dusz. Mówią ludzie, że jesteśmy ostatni na ziemi. Czasami tylko dowozili jakichś ostatnich, małomównych, i dawali im mieszkania zmarłych. Skąd mam cokolwiek wiedzieć, skoro nie mogę przekroczyć bram potwornej klatki? Też bym chciał znać prawdę, do jasnej ciasnej!
Albo nie?
Albo nie?
Wiele miałem już ran na ciele, ale ta była wyjątkowo dotkliwa. Straciłem siłę do biegu. Do walki i trwania, w oczekiwaniu na wybawienie.
Już wolę prawdziwe piekło.
Już wolę prawdziwe piekło.
Postanowiłem zawrócić, powłócząc nogami doszedłem na plac miasta. Starałem się nie potknąć o bezwładne ciała. Nie patrzeć na pokryte mazią twarze, nie rozpoznać nikogo. Poczułem, że już nie chcę więcej stać i osunąłem się na ziemię na samym środku małego, starego ryneczku. Bruk był zimny i pachniał krwią. Bez zdziwienia patrzyłem, jak niektóre trupy powstają chwiejnie z żółtym światłem w pionowych źrenicach. Nie mam siły być bohaterem. Nikt nie napisze o mnie książki. Trudno. Zamknąłem oczy i postanowiłem odejść na zawsze.
Nie słyszę już histerycznego zawodzenia i jęków konających. Chlupotów, okrzyków przerażenia.
Widzę mamę, bez oparzeń, za zdrowymi nogami, tato macha do mnie dłonią ze wszystkimi pięcioma palcami. Jest też Jenna, odzyskała swoje cudowne, złote loki.
Wiem, że oni mnie tam, w mieście, potrzebują, że niektórzy wiele dali by za dłuższe o kilka sekund życie. Ja nikomu go nie odebrałem, naprawdę. Żyjcie, jeśli chcecie. I naprawdę nie potrafię już znieść tego bezsensownego cierpienia.
Powoli oddalam się od pogorzeliska i ruszam w swoją pierwszą w życiu podróż. W nieznane.
poniedziałek, 8 października 2012
Świat Nienormalnej. Mocne strony drożdżówki.
Tak trudno jest podejmować decyzje! Sama muszę przyznać, że nie radzę sobie z tym najlepiej. Jest to z pewnością sztuka, którą człowiek może ćwiczyć przez wiele lat i niczego nie zdziałać! Stoję przed tyloma wyborami, przytłacza mnie to, wpędza w dezorientację...
Znajdując się w kolejnym impasie, odkryłam świat Nienormalnej. To wyjątkowa dziewczyna, o której tajemniczym schorzeniu, ale też, jakby nie było, lekarstwie, macie szansę się dowiedzieć:-) Jeśli pójdę w lewo, szybciej znajdę się w domu. Z kolei kiedy wybiorę prawo... spacer będzie milszy. Droga prowadzi przez ocieniony skwer, zawsze jest tam tak pięknie. Stoję na rozstaju dróg. Co robić? Oblewa mnie zimny pot, kolana miękną pode mną jak zgniłe gruszki. Ludzie mijają mnie i potrącają. A ja stoję w i głowie mam tylko pustkę. Niemal słyszę tykanie zegara, który upomina mnie i każe się spieszyć. Cóż, kiedy ja nie potrafię...!
Wkładam rękę do kieszeni i odnajduję monetę, którą otrzymałam kiedyś od doktora Nonla. Drżąca ręką kładę ją na dłoni. Głowa króla - prawo. Perła - lewo. A może lepiej odwrotnie. Staję przed kolejnym problemem. Czy lewo pasuje do perły?! A jeżeli powinnam wybrać odwrotnie?
Nagle czuję, jak ktoś we mnie wpada. Nic dziwnego, stoję na samym środku ścieżki. Bark pulsuje gwałtownym bólem. Patrzę w dół i widzę jabłka, które toczą się po bruku. Na mojej dłoni nie ma monety. Przysadzista matrona patrzy na mnie gniewnie i zbiera do fartucha owoce. Obok leży wielki, wiklinowy kosz.
- Co tak sterczysz w przejściu jak tyczka? - krzyczy, gdy zauważa mój kompletny brak reakcji.
- Zostaw ją, Marianno. - mówi do niej przechodzący stolarz. Pochyla się do niej i teatralnym szeptem mówi - przecież wiesz, że jest NIENORMALNA. Krew się we mnie burzy. Nienormalna! Coraz więcej ludzi zbiera się dookoła mnie. Śmiech. Dzieci wygłupiają się, stając nieruchomo w idiotycznych pozach. Tak bardzo chcę protestować, na język cisną mi się cięte riposty. Z niektórych bardzo jestem dumna. Ach, pokażę stolarzowi, że żadne tam ze mnie ciele-miele! Ale... Doktor mówi - skoncentrować się na jednym. Oczami wyobraźni widzę jego poważne spojrzenie, i ledwo dostrzegalne, szydercze ogniki w oczach. Moneta. Nie zważając na narastającą wesołość tłumu, omijam rozsypane jabłka i patrzę na nią z góry. Perła. Lewo. O dziwo nie zastanawiam się nad tym długo. Już za bardzo mnie wyszydzili. Łzy stają mi w oczach. Tłum rozstępuje się, gdy przechodzę przez plac. Tłumię jęk upokorzenia. Czy to się nigdy nie skończy? W tym momencie nie mogę się bardziej nienawidzić. Paraliżująca pustka, frustracja, konieczność wyboru... Mają rację. Wariaci czują się przecież najnormalniejsi. Tyle że ja ta bardzo chcę BYĆ normalna! Ich spojrzenia palą mnie w plecy, kiedy oddalam się uliczką. Nikt mnie nie goni.
W domu siadam w dużym pokoju z kubkiem herbaty. Do kredensu jest przyczepiony kawałek tektury, pokryty starannym pismem mamy. Wtorek - herbata z mlekiem i łyżeczką cukru. Sączę pyszny wywar. Na szczęście nad tym nie muszę się zastanawiać. Jako wielbiciel herbaty często długie godziny spędzałam w kuchni. Zbyt dużo czynników zmieniających smak napoju!
Dzwoni telefon. Mama.
- Dzień dobry, kochanie. Jak ci mija dzień?
- Bardzo dobrze. - przynajmniej teraz wiem, co odpowiedzieć.
- Doktor prosił, żebyś przyszła dzisiaj na dodatkową lekcję.
Mama nie wyjaśnia, dlaczego. Obie wiemy, że już całe miasteczko wie o moim dzisiejszym upokorzeniu. Nie próbuję nawet protestować, rodzice każdy zaoszczędzony grosz odkładają na moją terapię.
Kilka godzin później stoję w cukierni. Denerwuje mnie wzrok doktora, który niezbyt dyskretnie przygląda mi się zza witryny. Założył ulubiony melonik, teraz od niechcenia poprawia binokla umocowanego przed brązową tęczówka.
Moja kolejka zbliża się nieubłaganie. Trzymam wymiętą kartkę i ołówek. Plusy i minusy, myśl, myśl! Próbuję ocenić drożdżówkę. Patrzę na nią obiektywnie. A ona na mnie. Bezczelna, plusowo-minusowa bułka. Najchętniej wzięłabym moją ulubioną bułeczkę z konfiturą, ale wiem przecież o moim problemie. Skoro myślę, że wybrałabym ją... pewnie tak naprawdę to zły wybór... Czuję nadchodzący paraliż. Służąca przede mną kończy gawędzić ze sprzedawczynią. Podchodzę do lady. Pustka, pustka, pustka. Chcę się wycofać, ale on mnie przecież ocenia. Patrzę na rubrykę z plusami.
- Poproszę ciastko marchewkowe. - mówię słabo.
Nie cierpię go. Błe, aż mnie skręca. Wychodzę i pokazuję kartę.
Doktor mnie chwali.
Doktor mnie chwali.
Kiedy wracam do domu, jest już ciemno. Głowa boli mnie od wykładów doktora i jego licznych badań nad moim schorzeniem. Wygląda na to, że jest coraz gorzej... Mama pewnie już wie. Och, kochana. To będzie dla niej duży cios. Tak bardzo się tym przejmuje.
Nagle słyszę przeciągły jęk. Serce podchodzi mi do gardła. Tyle bólu w jednym dźwięku! Głos dobiega z pobliskiego zaułka. Na doktorowej kartce w rubryczce plusów nie pojawiłby się ani jeden. Ciemno. Noc. Pusto. Niebezpiecznie. Nie ma gdzie uciec. A jednak, nie waham się ani chwili. Nogi same niosą mnie przed siebie. Jest tak cicho, że słyszę stukanie moich butów o bruk. Jedna brama. Druga. Coraz ciemnej. To nie tu, nie tam, to nie ma sensu.
- Błagam, błagam, zostawcie mnie. Ja nic nie zrobiłam. Maaaaaamoooooooo! - od zrozpaczonych krzyków włos jeży mi się na głowie. Chcę uciekać, tak bardzo, bardzo, ale po raz pierwszy w życiu wiem, że nie mogę, nie zastanawiam się nad tym długo.
To tu.
Jeszcze mnie nie widać. Wyglądam zza rogu.
Mała dziewczynka. Dwóch mężczyzn. Stoi przyparta do muru.
-Twoi rodzice nieźle nam za ciebie zapłacą, złotko. Za ciebie, za ciało... Bez różnicy. - słyszę chropowaty głos drągala. I jego okrutny śmiech.
- Nie, nie, ja chcę do domu, do mamusi. Niech pan mnie puści!
- Weź jej zamknij gębę, bo pół miasta nam ściągnie na głowę.
Bierze zamach, zaciska dłoń w pięść. Dziewczynka kuli się i zamyka oczy, czeka. Nie wiem, kiedy znajduję się miedzy nimi. Bronię jej własnym ciałem. Tracę oddech, uderzenie trafia prosto w brzuch. Przez chwilę są zdezorientowani. Dziewczynka wybucha płaczem. Nie wiem, skąd wiem, co robić. Oddaję cios kopniakiem. Trochę niżej. Drugi chce mnie złapać. Trzymam mocno dziecko. Nie cięższe niż koszyk owoców. Chwyta mnie, ciągnie za włosy, boli, drugi już wstaje, wyciąga nóż. Krzyczę przeraźliwie. Mocniej przyciskam ją do siebie i turlamy się mu miedzy nogami.
Zarzucam ją sobie na plecy, biegnę przed siebie. Stuk. Stuk. Stuk. Ugodził mnie... Kiedy? Ciepła krew spływa mi do oka. Nie pukam. Otwieram pierwsze drzwi, które widzę przed sobą. W ostatnim przebłysku świadomości widzę starą, znajomą kucharkę. Pochyla się nade mną. Dziewczynka patrzy na mnie. Tracę przytomność.
Zbliża się koniec wakacji. Wybrałam już szkołę. W słoneczne popołudnie idę do cukierni, i za pamiętną monetę od doktora kupuję sobie ciastko z marmoladą. Sprzedawczyni uśmiecha się do mnie miło. Siadam na ławeczce i rozkoszuję się drobną przyjemnością.
Jak się okazuje czasem nie trzeba wiedzieć, wystarczy kierować się tym, co mówi serce. Nie jestem mistrzem decyzji, co to to nie. Ale kiedy w mojej głowie pojawia się nagła pustka, już nie jestem bezradna.
Ale, ale! Ta herbata! To jest zgryz... Cytryna, miód, mleko, maliny, marmolada, cukier, śmietanka? Ach, i czarna, zielona czy czerwona? Decyzja jest zbyt trudna...
Jak się okazuje czasem nie trzeba wiedzieć, wystarczy kierować się tym, co mówi serce. Nie jestem mistrzem decyzji, co to to nie. Ale kiedy w mojej głowie pojawia się nagła pustka, już nie jestem bezradna.
Ale, ale! Ta herbata! To jest zgryz... Cytryna, miód, mleko, maliny, marmolada, cukier, śmietanka? Ach, i czarna, zielona czy czerwona? Decyzja jest zbyt trudna...
środa, 3 października 2012
Świat wiecznego śniegu. Wędrówka po garstkę liter.
Zimą słońce zachodzi tu wcześniej. Nie wiem, jak jest w innych krajach, ale babcia zawsze mi mówiła, że gdzieś na południu wygląda to zupełnie inaczej. Nigdy jej do końca nie wierzyłam, że tam, na odległych ziemiach, kwitną barwne kwiaty, strumienie płyną, a gdy świeci słońce, ludzie nie zawijają się szczelnie szalikami. Kiedyś tam pojadę,na pewno. Ale na wszelki wypadek wezmę jednak szalik, bo babcia często opowiada nieprawdopodobne historie.
Gdy wychodzę z domu, czuję przejmujący chłód. Oplatam się rekami, ale rzecz jasna niewiele to daje. Wiatr smaga mi twarz i czuję, jak wąski pasek odkrytego policzka pali mnie czerwienią. Ulica jest prawie całkowicie pusta, nawet najbardziej wytrzymali ludzie nie mają chęci wychodzić w taką pogodę z domu. Ja też normalnie nie wytknęłabym nosa z naszego mieszkania, ale pragnienie było silniejsze niż ostrzeżenia babci.
Wymknęłam się tuż pod jej nosem. Od rana siedziałam posłusznie w domu, pomagając jej w rąbaniu drewna. Musiałyśmy rozmontować starą komódkę, bo babcia nie miała siły wczoraj iść do lasu, a ja musiałam cały dzień spędzić w szkole. Bardzo płakałam, bo to była różowa komódka mamy, którą miałam kiedyś dostać, jak dorosnę. Babcia dała mi jeden miedziany krążek, żebym przestała rozpaczać. W domu robiło się coraz zimnej i zimniej, stare okna nie powstrzymywały mrozu wpełzającego z dworu. Jak najszybciej wrzucałyśmy do ognia kawałki drewna, a potem siedziałyśmy przytulone, pijąc ciepły napar z samowaru.
Szczęśliwa ściskam miedziaka. Znacie już powód mojego wyjścia w zamieć...Idę prosto do sklepu pani Hitum. Nie wiem, czy można go nazwać księgarnią, bo oprócz wielkich półek z książkami, stoi tu mnóstwo innych przedmiotów - malowane kubki, obrazki, zwinięte w rulony dywaniki, tace z ciasteczkami. Kiedy wchodzę do środka, dzwonią dzwoneczki przy drzwiach. Z góry pospiesznie schodzi pulchna pani, trzymając trwożnie za serce. Gdy mnie widzi, oddycha z ulgą.
- To ty, dziecko... Tak mnie przeraziłaś! Któż wychodzi w zamieć z domu? Czy coś się stało? Twoja babcia potrzebuje pomocy?
- Myślała pani, że to Mroźni? - pytam ciekawie.
- Cicho, mała... - rozgląda się - Lepiej szybko powiedz, co się dzieje i czym prędzej wracaj do domu. - mówi. Dumnie kładę na ladzie miedziaka. Hitum patrzy na mnie ze współczuciem, wzdycha ciężko i odwraca się do regału.
- Z tej co zawsze?
- Tak, proszę pani. Mam nadzieję, ze nikt nie kupił żadnej strony?
Hitum otwiera grubą książkę i wyrywa z niej zamaszystym ruchem pięć stron.
- Nie, nikt nie kupuje książek tak, jak ty, złotko.
Odprowadza mnie smutnym wzrokiem, gdy ściskając w ręku zapakowane w szary papier kartki wychodzę w śnieg.
Nie mamy pieniędzy, żeby kupić całą powieść. Kosztuje bardzo dużo, i tylko bogaci mieszkańcy miasta mogą sobie pozwolić na taki wydatek. Ale każdy otrzymany, zarobiony lub znaleziony pieniążek, wydaję na kilka stron książki. Moim największym marzeniem jest przeczytać kiedyś całą. Od początku, do końca. A może kiedyś będzie mnie stać na kupienie całego regału? Śmieję się cicho z niedorzeczności moich rozważań. Na razie mam kilka rozdziałów, które przechowuję niczym najcenniejszy skarb pod obluzowaną listwą.
Coraz trudniej mi iść, nogi grzęzną mi w śniegu pokrywającym ulicę. Nagle czuję dziwny niepokój. Powietrze pachnie kwaśno.. Obracam się. Ktoś nadchodzi! Są jeszcze daleko, ale...
Zauważam małą grupkę Mroźnych. Maszerują w wielkich, ciężkich buciorach z wysokimi cholewami. Nic do siebie nie mówią, czujnie kręcą tylko głowami. Spod ciemnych zwojów na twarzy groźnie świecą ich oczy. Zbliżają się! Serce dudni mi w piersi. Zrozpaczona szukam drogi ucieczki. Nie ma ani jednego zaułka! Słyszę ich kroki coraz wyraźniej, zaraz mnie dostrzegą... Nie widząc innego wyjścia wskakuję w pobliską górę śniegu, który przykrywa mnie aż po czubek głowy.
Zauważam małą grupkę Mroźnych. Maszerują w wielkich, ciężkich buciorach z wysokimi cholewami. Nic do siebie nie mówią, czujnie kręcą tylko głowami. Spod ciemnych zwojów na twarzy groźnie świecą ich oczy. Zbliżają się! Serce dudni mi w piersi. Zrozpaczona szukam drogi ucieczki. Nie ma ani jednego zaułka! Słyszę ich kroki coraz wyraźniej, zaraz mnie dostrzegą... Nie widząc innego wyjścia wskakuję w pobliską górę śniegu, który przykrywa mnie aż po czubek głowy.
Nie śmiem się poruszyć. Tup. Tup. Tup. Drżę z zimna, mokre ubrania przylegają do mojej zziębniętej skóry. Już dłużej nie wytrzymam!
Mijają mnie.
Nieśmiało wyglądam z wydmy. Są do mnie odwróceni plecami. Uśmiecham się. Niebezpieczeństwo minęło. Otrzepuję się ze śniegu. Wtedy wiedzę jakąś skuloną osobę, nadchodzącą boczną uliczką. Pod tym kątem doskonale ją widzę. Oni jeszcze nie... Ale zaraz wpadnie prosto na nich. Spotkanie w ciemnej uliczce z Mroźnymi nigdy nie kończy się dobrze... Nagle dostrzegam twarz tajemniczej postaci.
Kochaną, ciepłą, pomarszczoną twarz.
Babciu! Chcę krzyczeć, ale głos zamiera mi w gardle. Tylko patrzę i nie mogę nic zrobić. Łza, której nie mam siły zatrzeć, zamarza na policzku.
poniedziałek, 1 października 2012
Świat Hansa. Bihrani znaczy morze.
Ten utwór był dla mnie wielką inspiracją. Szczególnie początek
jest dla mnie wyjątkowy. Może warto użyć go jako tła do lektury?
Uwaga! To nie jest świat dla wielbicieli niezwykłych, dynamicznych przygód. To bardziej ukłon w stronę romantyków... Muszę przyznać, że jestem wielką romantyczką:-) ACh, po prostu... puść tę piękną muzykę i odwiedź Hansa. Ale nie nastawiajcie się, drodzy marzyciele, na bajeczne, radosne klimaty pozbawione rozterek, do takich światów zaglądam niechętnie!
Tego dnia zbliżał się przypływ. Ocean nie zagarnął jeszcze plaży, ale już znaczną jej część zalała woda. Hans pamiętał niebo tego dnia... Pokrywały je gęste, ciemne chmury. Cały czas podczas opowieści powtarzał, że to musiało być po tym wielkim sztormie, najstraszniejszym tego lata. Coś w nim było dziwnego, i morze, nawet człowiekowi, który dorastał nad wodą, wydało się obce i targane obcymi siłami. Był wtedy młody. Nie więcej niż dwadzieścia wiosen na karku, silne, szerokie ramiona, burza potarganych włosów."Wydawało mi się, że jestem dojrzały. Ale dopiero po tym, co się wydarzyło, dojrzałem... A raczej się postarzałem. Przez resztę życia byłem już starcem." -mówił, patrząc w zamyśleniu daleko w przyszłość, aż do tamtego popołudnia.
Szedł wtedy po płazy, jak co dzień. Od dzieciństwa lubił długie, wieczorne wędrówki. Nigdy jednak nie spacerował bezpiecznie po brzegu, lecz wspinał się na klify i odkrywał przybrzeżne jaskinie. Wszyscy dziwili się jego wyprawom, wszak pracy nie miał najlżejszej, a zamiast odpoczywać z rodziną, godzinami przemierzał okolicę. Mimo że sztorm skończył szaleć dobę temu, piasek dalej był mokry, a kawałki drewna i poszarpane sieci pokrywały całą plażę. Nikt oprócz niego nie wybrał się tego dnia na przechadzkę, tyko woda szumiała, ułaskawiona. Wybrał ulubioną ścieżkę, idącą przy płytkiej jaskini. Nagle usłyszał cichy głos, ni to śpiew, ni jęk... Obejrzał się. Nie, nikt nie szedł za nim. Wytłumaczył sobie niespodziewany odgłos psikusami wiatru i wydłużył krok. I wtedy znów to usłyszał. Niewyraźne słowa, przerywane płaczem. Serce ścisnęło mu się, gdy głos wzniósł się w lamencie. Musiał dochodzić z jaskini, może to ranne zwierzę...albo marynarz, który ucierpiał podczas sztormu? Postanowił sprawdzić - na pewno coś złego się wydarzyło i potrzebna była jego pomoc.
Na dworze robiło się coraz ciemnej, ale nie zawrócił, i przez zimny, grząski piach brnął w kierunku klifu. Podszedł od strony kamiennej ściany i ostrożnie zajrzał do środka. Widok, który ujrzał, zaparł mu dech w piersi i odebrał zdolność działania.
Na ziemi, w kałuży filetowej krwi leżała dziewczyna. Już wtedy wiedział na pewno, ze nie przynależy ona do jego świata. Była bardzo delikatna, ale figurę miała prześliczną, krągłe biodra, subtelne wcięcie w talii, długa szyja...
Twarz w kolorze morskiej piany okolona była srebrzystymi, prostymi włosami. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Oczy miała zamknięte, wyglądała jak pogrążona we śnie, czerwone usta lekko rozchylone. I kiedy przesunął wzrok niżej, odkrył źródło krwi. Z głębokiego rozcięcia na szyi na posadzce kapały ciemne krople i plamiły poszarpaną sukienkę. Był jak zahipnotyzowany, nawet świadom agonii dziewczyny, nie miał w sobie dość siły, by jej pomóc.
I niespodziewanie rozwarła szeroko oczy i rozdzierająco krzyknęła. Jakby zdając sobie sprawę z jego obecności odwróciła z jękiem głowę i dostrzegła zapatrzonego w nią Hansa. Wykonała ruch, jakby chciała wstać, ale widać mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa.
- Odejdź - wyszeptała tylko słabo, i osunęła się bezwładnie na podłoże.
Nagle wyszedł z transu, przerażony podbiegł do niej i przyłożył ucho do jej piersi. Wyczuł ciche bicie serca. Bez zastanowienia zlekceważył jej prośbę, i zamiast odejść wziął ją w ramiona. Praktycznie nic nie ważyła, ale mimo że nie była śliska, wypływała z jego rąk jak woda. Jeszcze mocniej przycisnął ją do siebie i opuścił jaskinię.
Ze zdziwieniem stwierdził, ze słońce dawno schowało się za horyzontem, a na niebie zagościły gwiazdy. Było przeraźliwie zimno, wiatr dał od morza, a statki w porcie rozdzierająco skrzypiały pod jego dotykiem. Wyczerpany wędrówką w okropnych warunkach z ulgą otworzył drzwi domu. Niezwłocznie rozpalił ogień w kominku. Nie miał dwóch łóżek, więc ułożył ranną na swoim sienniku i błyskawicznie zabrał się za przygotowywanie bandaży. Delikatnie odkaził ranę i starannie ją opatrzył. Nie działało cucenie i nawoływanie, nie zamierzała najwyraźniej otworzyć oczu, ale oddech jej się wyrównał. Hans nie czuł potrzeby snu. Siedział tylko i patrzył na nią, a serce biło mu radośnie. Przecież wiedział, że nie była człowiekiem, ale jakby cudownie by było, gdyby została z nim na zawsze... Chatę miał skromną, ale pracowałby ciężko i...kochałby ją przecież gorąco!
"Dziękowałem wtedy Bogu, że nie zakochałem się w syrenie, głupi. Tej półryby nie zabrałbym przecież do domu. A ona... Przypominała syrenkę, ale zdawała się piękniejsza i...potężniejsza." - opowiadał, rozmarzony.
Dziewczyna spała dwie doby. Patrzył na nią z troską i cierpliwie zmieniał bandaże. Zamiast czerwieni, na białym płótnie znajdywał fioletowosrebrne plamy. Modlił się, aby wreszcie dała znak życia. I pewnego poranka, gdy żegnali się z nią przed wypłynięciem, otworzyła oczy i przez chwilę wpatrywała się w sufit. Potem z wysiłkiem przekręciła szyję i spojrzała mu głęboko w oczy. Wytrzymał jej wzrok, w którym pretensja mieszała się z wdzięcznością. Nieśmiało pogładził ją po włosach. Skrzywiła się, ale nie zaprotestowała.
- Ciepłe i troskliwe masz ręce, młodzieńcze. Jak ci na imię? - spytała czystym głosem.
- Hans - bąknął speszony.
Westchnęła cicho. - Mówiłam ci "odejdź!" i nie posłuchałeś. Ale uratowałeś mi życie i dziękuję ci za to. Zostałam ciężko ranna w walce, której nie zrozumie twój ludzki umysł. Wywleczona z wody, pozbawiona pomocy, byłam pozostawiona na pewną śmierć. Powinnam jak najszybciej wrócić do domu... - chciała wstać, ale tylko opadła z okrzykiem na poduszkę.
- Rozumiem, piękna pani, lecz chętnie zaopiekuję się tobą, kiedy nie możesz jeszcze mierzyć się ze swoimi wrogami a nawet dołączyć do bliskich. Czy wolno mi tylko spytać, jakie nosisz imię?
- Możesz nazywać mnie Bihrani.
I tak została w jego domu. Z każdym dniem czuła się lepiej, a on zajmował się nią cierpliwie. Wiele dni nie chodził do pracy, bo nie potrafił zostawić jej w domu. Kochał ją też coraz mocniej i nie wyobrażał sobie rozstania. Była pierwszą kobietą, która sprawiła, ze jego serce naprawdę biło mocno. Był pewien, ze nie stał się ofiarą czaru, to, co do niej czuł zdawało się wypływać z głębi jego duszy, piękne i czyste. Często siadali razem przy kominku i długi rozmawiali, często wynosił ją na dwór i patrzyli razem w niebo. Dziwił się bardzo, bo Bihrani nic nie jadła i mało spała, jeśli w ogóle. Nie przejmował się tym bardzo, ale też cieszył z każdej chwili z nią spędzonej. Cały czas powtarzała, że niedługo, przed nadejściem drugiej pełni musi wrócić, a on patrzył na nią i mówił nieśmiało: "Przecież możesz zostać... ", na co ona uśmiechnęła się smutno.Zastanawiał się tylko, kim ona tak naprawdę jest i nie mógł wymusić z niej słowa. Aż w końcu, gdy siedzieli razem na plaży powiedziała:
- Może, gdy poznasz prawdę łatwiej będzie ci się pogodzić z moim rychłym odejściem. Tak, już coraz mi lepiej i niedługo cię opuszczę. Ciiii - skarciła go, gdy chciał jej przerwać - teraz ja opowiadam. Narodziłam się wraz z tym światem, jeszcze przed pojawieniem się życia. Jestem córką oceanu, strażniczka wody. Mam jeszcze wiele potężnych sióstr we wszystkich morzach i oceanach, wszystkie strzeżemy porządku na wyznaczonym nam terenie. Łączymy się w sile z najwspanialszą matką na ziemi, wielką wodą.
- Ale - przerwał jej Hans - mieszkasz pod wodą pod postacią dziewczyny?
- Nie, oczywiście ze nie! Trudno ci zrozumieć moją istotę... Jestem falą, szumem, wirem, a jednocześnie jedną osobą. Wyrzucona na brzeg przez siły ciemności przybrałam narzuconą mi przez ziemię postać. Dlaczego muszę wrócić? Nie mogę na zawsze pozostać kobietą, nie jestem nią. Po jakimś czasie przestanę być podobna do mej matki i mnie nie rozpozna, nie przyjmie do siebie. A ja bardzo pragnę do niej wrócić. Jestem jak ryba, nie potrafię żyć z dala od morza...Nie mogę ci też narzucić mojej woli, tu żadna moja siła nie ma władzy.
- Pokochaj mnie. - Wyszeptał Hans. Nie odpowiedziała. Bezradny i upokorzony zawrócił w kierunku domu, i wszedł, trzaskając drzwiami.
Następnego dnia, wychodząc do pracy, zamknął drzwi na klucz.
Pewnego dnia, gdy ryglował furtkę, zobaczył ją w oknie. Z dłonią przyklejoną do szyby patrzyła na swojego wybawcę, który nieustępliwie więził ją w małej chatce. W oczach miała łzy. Zacisnął zęby i odwrócił się. Nie patrząc za siebie pobiegł w kierunku portu.
W nocy poczuł czyjś oddech przy twarzą. Przerażony otworzył oczy. Stała przy nim w białej koszuli.
- Kocham cię... - zbliżyła usta do jego warg -... I ty też mnie kochasz. - pocałowała go delikatnie. Objął ją mocno i przyciągnął do siebie. Pachniała tak cudownie świeżo... Wtulił twarz w zagłębienie jej obojczyka.
- Pozwól mi odejść tam, gdzie moje miejsce.
- Nie. - odparł twardo. Odsunął się od niej. Zgiął się w pól i ukrył twarz w dłoniach. Nie mógł opanować łez. Gładziła go po plecach.
- Po tej nocy możesz niczego nie pamiętać. Gdy odzyskam moc sprawię, że nie pozostanie po mnie żadne wspomnienie...
- Nie chcę tego.
- Chcesz mnie zabić?
- Nie umrzesz.
- Dlaczego tego nie rozumiesz?
- Pokochaj mnie. - odparł zimno i odwrócił się od niej plecami. Nawet z dłońmi zaciśniętymi na uszach słyszał jej płacz i zrozpaczone krzyki. Wyszedł w noc położył się na płaszczu przed domem. Kiedy usłyszał jej ciche kroki w korytarzu bez wahania wstał i zamknął drzwi. Była pełnia.
Cały dzień na statku była obecna w jego myślach. Kochał ją, bardziej niż kiedykolwiek mógł przypuszczać, że pokocha kobietę. Zaprzeczał przed samym sobą, w jakie niebezpieczeństwo ją wpędził. Uratował ją, powinna być mu wdzięczna, powinna odpowiadać mu miłością na miłość! Wczoraj to wyznała. Ale nie zrobiła tego szczerze, ciągle tylko rozpacza i tęsknie patrzy w wodę... Ale przecież jeśli jej nie uwięzi, ucieknie, i nigdy nie będą już razem...I tak Hans znalazł się w sytuacji, z którą nie potrafił sobie poradzić.
Wracał z portu plażą. Szedł wolno, odwlekając chwilę przyjścia do domu. Czuł, że dziś będzie musiał podjąć decyzję... Mówiła coś o drugiej pełni, a przecież wczoraj księżyc był już okazały...
Nagle dostrzegł ciemną sylwetkę pędzącą po plaży. Serce stanęło mu w piersi, gdy zobaczył srebrzyste włosy na wietrze. Zaczął biec ile sił w nogach...
"Wiedziałem, jak wchodzi do oceanu. Zanurzyła się po samą szyję w bulgoczącej wodzie. Wbiegłem za nią, młóciłem fale rękami, lecz siła moich mięśni na nic się zdała... Nie mogła przecież zniknąć - myślałem zrozpaczony."
I wtedy zobaczył fragment bladego ciała kilka metrów od miejsca, gdzie stał. Rzucił się w to miejsce. Unosiła się na wodzie, twarz miała zwróconą w kierunku dna. Działał jak w transie, chwycił bezwładne ciało w ramiona, wyszedł z wody i ułożył ją na plaży. Zrozpaczony cucił ją, reanimował. Ale jej serce przestało bić. Nie potrafił przestać, wolał ją po imieniu, całował zimne usta, gładził mokre włosy. Niektórzy zaalarmowani rozpaczliwymi krzykami mieszkańcy portu przybiegli, i otoczyli szlochającego młodzieńca ciekawym kręgiem. Nie docierały do niego pytania, nie chciał miłych słów. Trzymał ukochaną obronnych gestem i nie pozwalał nikomu się do niej zbliżyć. Wszyscy patrzyli, nic nie rozumiejąc, na rozbite okno i fioletową ciecz, która wsiąknęła w piasek. I gdy nadszedł wieczór wielu odeszło, zostawiając Hansa z jego cierpieniem i bezwładnym ciałem w drżących ramionach.
"Zaniosłem kochaną Bihrani do jaskini, w której ją po raz pierwszy ujrzałem. Skoro morze nie chciało przyjąć jej do siebie, wypełniłem grotę wodą i zamurowałem wejście. Chciałem, żeby zawsze była z fragmentem oceanu, który kochała najbardziej na świecie. Może połączyła się z tymi kroplami wody i jest teraz strażniczką jaskini? Nie wiem. Nie mam odwagi tam pójść. Myślałem, że stworzenie jej grobowca pozbawi mnie choć części bólu. Ale on nigdy nie minie. Dopiero, gdy odeszła zrozumiałem, że gdy się kogoś kocha, ceni się jego szczęście bardziej niż swoje."
"Chciałem się zabić, oczywiście. Ale to byłoby za proste. Zasłużyłem na cierpienie."
Subskrybuj:
Posty (Atom)