Jadę samochodem w ciszy, tęsknie spoglądając za okno. Świat rozmywa się w wirującej szarej wstędze, lekko postrzępionej i niedoskonałej na rogach. Matka siedzi wyprostowana jak struna za kierownicą, unikając kontaktu ze mną, a całą uwagę poświęcając zderzakowi mknącego przed nami samochodu. Oczy ma wypełnione łzami, ale chyba sama okłamuje się, że nie płacze. Chyba jest godzina powrotu ze szkoły. Nie mogę sobie przypomnieć. Nagle stwierdzam, ze w mojej pamięci coś nie pasuje...Dlaczego?! Czarna plama we wnętrzu mego umysłu doprowadza mnie do szaleństwa, a im mocniej staram się uświadomić sobie, co tutaj robię, tym większe rozczarowanie przeżywam. Mam ochotę krzyczeć. Wrzeszczeć. Tupać! Matka na przednim siedzeniu teraz już nie oszukuje się, ze płacze. Znów się z nią pokłóciłam. Ponownie zabiera mnie na jedno z tysiąca zajęć dodatkowych. Wracamy od dyrektorki. Znów? Od lekarza. Ktoś jest chory. Tato? Ostatnio byłam niedawno, nogi jakoś nie odrosły. A to pech. Nie rozumiałam nigdy, po co do niego chodziłam. Wciąż. Ale matka nie płakałaby przecież po wizycie. Nie przy mnie. Powstrzymałam się przed spytaniem, co się stało.. Nigdy nie odpowiadała.
Kochałam samotność. Kwiaty. Ptaki. Wiersze. Najrzadziej matkę.
Chyba kiedyś było inaczej. Nie płakała tyle.
Po wypadku przestała mnie traktować normalnie. Wydawało jej się, ze tego potrzebuję. Głucha na protesty zmuszała mnie do życia prawdziwej nastolatki, którą przedtem nie byłam i nigdy nie chciałam być.
W oczach rówieśników byłam godną współczucia ofiarą, która gdy wjeżdża na wózku na szkolną dyskotekę, we wciśniętej przez matkę obcisłej sukience, sala nagle milknie.
Nie cierpiałam imprez. Nigdy. Nie miałam chłopaka. Nigdy. Nie pędziłam z jednych zajęć na drugie z zastępami koleżanek. Nie mam nic do harcerek-wolontariuszek-dziennikarek-gitarzystek-imprezowiczek-multilingwistek... O nie, tylko to po prostu nie ja. Może urodziłam się stara. Może moja dusza przypominała wysuszoną śliwkę, podczas gdy ciało pozostawało młode? Oczywiście
trądzik zaliczam do niepożądanych efektów ubocznych przemiany ze staruszki w dziecko...
Wchodzę do domu i widzę mojego kolegę z klasy, nerwowo obserwującego zeszyt od biologii. I mamę.
Po zajęciach teatralnych kulę się upokorzenia na fotelu.
Matka organizuje moje urodziny. Na najmodniejszym basenie.
Udaję chorą, chce pobyć w domu, sama, choć jeden dzień minut.
Spóźniam się na pierwszą lekcję.
I znów jadę autem. Nagle matka parkuje samochód i wychodzi. Wygląda strasznie. Dopiero teraz dostrzegam jej podkrążone, opuchnięte oczy i zapadłe policzki. Ubrana jest w nieforemną, czarną, wełnianą spódnicę.Nie patrzy na mnie. Wyciąga z bagażnika jakiś wielki pakunek i rusza przed siebie. Nieudolnie rozpinam się i po dłuższym czasie mozolnie sunę za matką. Nie znam tej okolicy. Wiatr ponuro świszcze w gałęziach, niebo zasnute jest gęstymi chmurami.
Przekraczamy jakąś ogromną, czerwoną bramę. Nauczyłam się nie dyskutować, więc posłusznie trzymam się w tyle. Zadbaną, wyłożoną kamienną kostką ścieżką wchodzimy do...kaplicy? Widzę krzyż. Stoją ludzie. Jest tez tato, ciotka, dziadek! Tato ma poważną minę, nie, niemożliwe. Tato płacze. Odwraca się od nas, gdy wchodzimy
- Czy nie powinniśmy już zaczynać? - słyszę drżący głos mamy. I wtedy czuję w sobie nagłą odwagę. Podjeżdżam do nich.
- Mamo, rozumiem, ze nie lubisz ze mną rozmawiać, ale nie wiem, co się dzieje, do jasnej cholery! Co my tu wszyscy robimy?! Proszę, wyjaśnij mi! - krzyczę w przepływie frustracji, ale mój głos ginie w smutnym głosie trąbek. I zauważam to. Trumnę?! Jestem na pierwszym w życiu pogrzebie...o nie! Już wiem. Brakuje babci. Ogarnia mnie przejmujący smutek. Kochana, cicha staruszka! Tak bardzo byłam do niej przewiązana... Jeszcze wczoraj ją odwiedzałam w szpitalu.Była taka chuda i cierpiąca. Może to się stało nagle. Matka nie chciała, nie potrafiła mi powiedzieć. o zbyt wielu cierpieniach musiała mnie informować... Nagle czuję, ze ją kocham. Mocno, bardzo, SZCZERZE! Dlaczego zrozumiałam to dopiero teraz? Stoi zgarbiona, smucąc się, rozpaczając. Ona płacze nad swoją matką,a ja nie mogłam zrozumieć mojej. Trumna stoi tuż za plecami taty.... Jakaś
czarna rękawica ostrożnie uchyla wieko. Matka ponownie wybucha płaczem. Chcę ją przytulić i...
Patrzę w swoją twarz. Bladą i zimną.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie mogę się rozpłakać.
I z tego, że nie potrzebuję wózka.
Nie potrafię się z tego cieszyć.
Zawsze chciałam latać, jak ptak. Tym razem wzbiłam się w górę. Wysoko, wysoko, ponad chmury.
I poleciałam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentuj! Ale pamiętaj...
Nie akceptowane są wulgarne i obraźliwe komentarze oraz spam.