niedziela, 21 października 2012

Umierający Świat. Kiedy nie ma już siły, by biec.

Biec. Iść. Byle dalej. Bez celu. Bez ratunku. Do przodu. Zakręt. Pęd. Prawo-lewo? Prawo. Zaraz, nie. Prosto. 
Płuca płaczą. Ludzie płaczą.
Nigdy nie stawaj. Mówili. Biegnij. Powtarzali. 
Zawsze tak robiłem. Kiedy widziałem ogień, dym, duszące, gęste opary, roje owadów, wilki, chmury strzał, widma wzbijające się w powietrze, moje nogi rwały się do biegu. 
Tego dnia szczególnie odczułem, jak nas nienawidzą. Na miasto spadały płonące pociski, ludzie w panice chowali się za domami, licząc bezmyślnie, że unikną  kary. Jeszcze tego nie widziałem. Była to zupełnie nowa broń, która nawet NAS  zdziwiła. Małe kulki były zanurzone w lepkiej masie. Przed zetknięciem z ziemią eksplodowały w kakofonii dziwacznych, gulgoczących odgłosów.
Kiedyś zastanawiałem się, czy to się skończy, pytałem nieustannie dlaczego, nie rozumiałem. Kiedyś. 
Teraz patrzyłem mętnym wzrokiem na mój ukochany dom, oblepiony żółtą cieczą i moje oczy zdawały się przeraźliwie suche. Nie zaskoczyło mnie nawet, że glutowata substancja zaczęła się poruszać, oplatając mięsistym cielskiem komin. Jak przez mgłę przypomniałem sobie, jak  siedziałem z bratem i mocowałem na dachu metalowego kogucika ze sterczącymi piórkami.
Czemu oni wciąż krzyczą? Usłyszałem niedalekie lamenty kobiet. Wszędzie to żółte ohydztwo. Pełznące, trawiące ostatki naszego życia.
- Ratunku, ratunku! - wrzeszczeli, miotając się, nie mając gdzie uciec. Dawno nam tego nie zrobili, o tak. Zdążyliśmy zapomnieć.
Biegłem mechaniczne przed siebie. Coś trafiło mnie w nogę. Paliło żywym ogniem, wniknęło do wnętrza żył. Nie było drogi ucieczki. Od wschodu do zachodu płomienie i bezkostne kreatury.
Może to już ostateczna zagłada naszego przeklętego miasta. Może.
Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. Władze mętnie wyjaśniały nadchodzące zmiany. A potem ratusz opustoszał i zaczął się Armagedon. Najpierw opieszały, przyspieszał gwałtownie. Podobno splamiliśmy się grzechami tak licznymi, że nie mogliśmy żyć normalnie, w oczekiwaniu na piekło po śmierci. Mądre-Stwory powtarzały, że tylko niewinni przeżyją cierpienia, które zostaną zesłane na nasze domy. Lubowali się w okrucieństwie. Żywili się nim. Tak myślę. Nieważne. Pojawiały się coraz to nowe bronie i dotkliwszy ból dotykał naszych dusz. Mówią ludzie, że jesteśmy ostatni na ziemi. Czasami tylko dowozili jakichś ostatnich, małomównych, i dawali im mieszkania zmarłych. Skąd mam cokolwiek wiedzieć, skoro nie mogę przekroczyć bram potwornej klatki? Też bym chciał znać prawdę, do jasnej ciasnej!
Albo nie? 
Wiele miałem już ran na ciele, ale ta była wyjątkowo dotkliwa. Straciłem siłę do biegu. Do walki i trwania, w oczekiwaniu na wybawienie.
Już wolę prawdziwe piekło.
Postanowiłem zawrócić,  powłócząc nogami doszedłem na plac miasta. Starałem się nie potknąć o bezwładne ciała. Nie patrzeć na pokryte mazią twarze, nie rozpoznać nikogo. Poczułem, że już nie chcę więcej stać i osunąłem się na ziemię na samym środku małego, starego ryneczku. Bruk był zimny i pachniał krwią. Bez zdziwienia patrzyłem, jak niektóre trupy powstają chwiejnie z żółtym światłem w pionowych źrenicach. Nie mam siły być bohaterem. Nikt nie napisze o mnie książki. Trudno. Zamknąłem oczy i postanowiłem odejść na zawsze.
Nie słyszę już histerycznego zawodzenia i jęków konających. Chlupotów, okrzyków przerażenia.
Widzę mamę, bez oparzeń, za zdrowymi nogami,  tato macha do mnie dłonią ze wszystkimi pięcioma palcami. Jest też Jenna, odzyskała swoje cudowne, złote loki. 
Wiem, że oni mnie tam, w mieście, potrzebują, że niektórzy wiele dali by za dłuższe o kilka sekund życie. Ja nikomu go nie odebrałem, naprawdę. Żyjcie, jeśli chcecie. I naprawdę nie potrafię już znieść tego bezsensownego cierpienia.
Powoli oddalam się od pogorzeliska i ruszam w swoją pierwszą w życiu podróż. W nieznane.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentuj! Ale pamiętaj...
Nie akceptowane są wulgarne i obraźliwe komentarze oraz spam.