Chciałabym rozpędzić się i wzbic w powietrze. Szukałam na moich plecach skrzydeł. Długo oglądałam siebie i sprawdzałam wagę swoich kości.
Uwierzcie mi, wszyscy którzy czytacie moje słowa (czyli ja i mój kot, który, jestem przekonana, podkrada mój pamiętnik! I kręci głową z pożałowaniem, ale lepiej się do tego nie przyznawać...), że dokonałam niewiarygodnego odkrycia. Nie jestem upadłym aniołem, smokiem, potomkiem pradawnych bogów, a z moją niechęcią do krwistych steków nie mam tez powiązania z wampiropodobnymi stworzonkami, więc jesli oczekiwaliscie tej wiadomości, przepraszam najmocniej. Zachęcam was jednak do poszukiwania podobnych wybryków natury w swoim sąsiedztwie, jestem pewna, że kogoś takiego znajdziecie!
Oddalalamy się jednak od głównego tematu, co zasadniczo podaje w wątpliwość moje zdolności jasnego wyrazania myśli. No cóż, przepraszam. A w zasadzie wcale nie jest mi przykro - pisanie według ustalonego schematu to niewyobrażalna nuda!
Ale! Przecież powiedziałam, że dokonałam odkrycia. A to bardzo ważne odkrycie, uwierzcie!
Masz skrzydła! Tak! Wlasnie tak!
Nie pędź teraz do lustra. Poczekaj. Wszystko ci wytlumaczę. Chyba, że inny temat wyda mi się bardziej interesujące. Ha-ha!
Dreptamy wszyscy po ziemi, nieporadnie, podskakując śmiesznie jak szare wróble. Wbijamy dzioby jedynie na tyle głęboko, żeby wyciągnąć ziarno czy dwa. Obijamy się o pręty klatek, nie dostrzegając otworu u góry. I wierząc, że nie potrafimy już latać.
Latanie zabiera ptakom mnóstwo energii. Wiedzieliście o tym? Pewnie tak. Widzieliście miejskie gołębie, które nieustannie poszukują miedzy stolikami w restauracji resztek jedzenia. Wciąż trawią i jedzą, trawią i jedzą. Ale poźniej - ach - później wzbijają się wysoko w powietrze!
Gdyby nie latały ich życie byłoby bardzo proste. Przydreptałyby do kilku zieren, pochłonęlyby je w kilka minut. Trochę kalorii na dojście w bezpieczne miejsce i żaden dodatkowy wysiłek nie byłby potrzebny.
Dziś poczułam się zupełnie jak ten wynaturzony ptak, którego zaspokajają dwa ziarenka słonecznika. Ktorego myśli kłębią się powolnie, koncentrując na rzeczach niewartych większej uwagi.
I... zaczęłam szukać u siebie skrzydeł, o których zapomniałam tak dawno.
Wyobraziłam sobie, jak przebijam się przez sprężyste zwały chmur (mogę pogodzić się z tym, że nie smakują jak bita śmietana, chociaż to wielkie rozczarowanie!) i patrzę na ziemię z gory. Nawet nie widzę trzymających się blisko ziemi wróbelków.
Walczę z atakującym mnie wiatrem, łapię przyjazne prądy powietrza, robię radosne fikołki. Śmieję się głośno. I płaczę rozpaczliwie.
A więc?
Aby wzbic się w powietrze, trzeba znaleźć przepaść. Porządną, głęboką wyrwę w ziemi. Taką, że gdy stanie się na jej skraju serce bije szybciej, a po plecach przechodzi dreszcz. Albo wspiąć się na wysoką skałę. Albo poszukać potężnego drzewa (to dla bardziej zdolnych, nie każdy może pokonać te gałęzie, które złośliwie rosną zawsze za daleko od siebie!).
I skoczyć...
...wierząc, że nowoodkryte skrzydła uchronią nas przed zderzeniem z ziemią.

Marta!
OdpowiedzUsuńMam wielką prośbę.
Mogłabyś mi dać swój adres e-mail lub skontaktować się ze mną (hub99ert@gmail.com)?
Będę BARDZO wdzięczny :)