Siedzimy wszyscy w swoich pokojach. Znacie to uczucie? Gorąc obezwładnia, mięśnie rozmiękają, a mózg, jak to mózg, zdaje się rozpychać głowę, poszukując wyjścia z tej nagrzanej klatki.
Nie ucieknie.
Oczywiscie w związku z tym inteligencja zrównuje się z poziomem osiąganym przez przeciętnie tępego orangutana, tyle że miejsce bananów zajmuje na liście "największe pragnienie" szklanka lodowato zimnej, hipergazowanej Coca-Coli.
No, ale rzecz jasna w lodówce znajduje się wszystko oprócz niej. Właściwie to lodówka jest prawie pusta, więc o większości rzeczy można tak powiedzieć... Oprócz wybitnie śmierdzącego sera pleśniowego. On zawsze zajmuje jedną z półek dzięki fantastycznemu koneserowi odrażająco pachnącego nabiału, Hansowi. Gdyby nie on, nigdy bym nie przypuszczał, że ser może tak POTWORNIE JECHAĆ.
Nie ma w niej także wody. Stoi tuż koło jej drzwiczek, szczerząc się złośliwie. Czy tylko ja mieszkam z gościami posiadającymi niemałe stypendia i sporo ważące książki, którzy nie potrafią zakręcić i schować wody do lodówki? GAZOWANEJ wody?
Naprawdę? Najwidoczniej jestem jedyny. Wspaniale.
Więc leżę na moim niewymiarowym łóżku dla dziesięciolatków z poważną nadwagą i wpatruję się w rzęrzący wiatrak, poruszający się z zawrotną prędkością. Dzisiaj jeszcze nie dotarła do mnie żadna chłodząca fala, ale staram się zachować cierpliwość. Trzeba dać staruszkowi troszkę czasu.
Cezar siedzi w wannie. Chyba jeszcze żyje, bo co chwilę słychać chlupanie i głośne przekleństwa, kiedy nasza dzielna żarówka stara się wysłać odrobinę światła w miniaturową przestrzeń łazienki i co jakiś czas robi sobie brzęczącą przerwę na odsapnięcie. Wtedy Cezar zaczyna wychodzić z wanny, żeby włączyć i wyłączyć światło po czym wybiera jedną z kilku opcji czynności wytwarzających niecenzuralne słowictwo:
a) przy wychodzeniu po ciemku z wanny uderza się w krawędź (klasyka!)
B) strąca cały rząd płynów do mycia i szamponow (te należące do Tori są najgorsze - mają dziwne kształty i zwykle nie należą do najlżejszych)
C) poślizguje się na wilgotnej macie
D) po wykonaniu wszystkich tych czynności dochodzi do kontaktu, a kochana żarówka sekundę wcześniej zapala się entuzjastycznym światłem.
Tori zapewne mimo wszystko ślęczy nad zadaniami, pożerając kolejne jabłka, które potrafi obgryźć do jednej struny ogryzka. Albo śmieje się tryumfalnie do białego wiatraka Hansa, który ostatnio dostał od mamy. Kiedy tylko wyjechał do domu spryciula wkradła się do jego klitki i zabrała to cudo dla siebie.
No dobra, ona zwykle nie śmieje się triumfalnie...
Wspólne mieszkanie to dobór naturalny w pełnej krasie. I dziwnym trafem w większości konkurencji wygrywa nasza mała Tori, mimo tego całego czasu, który marnuje na pielegnacji afro (które jest pofarbowane na końcach na... nie, nie na niebiesko. Boże, ile ona mi to tłukła do głowy. Ach, turkusowo! W kazdym razie jest serio czadowe!) i przygotowywaniu "zdrowego żarcia".
Przez chwilę mam nawet ochotę pójść do szkoły, tylko żeby przylgnąć do mojej miłości, wspaniałego, nowiutkiego klimatyzatora. Toż to wynalazek ludzkości! Dzieło geniuszu!
Lodówka - ona też może należeć do śmietanki wynalzków. Przez chwilę rozważam wpakowanie się do niej, ale jednak rezygnuję. Trzeba mieć odrobinę godności.
No dobra, nie chodzi mi o godność. Ten ser...!
Poruszam ręką i czuję zastygnięty pancerz potu.
Prysznic!
Wstaję z gracją dziewięćdziesięciolatka i podchodzę do drzwi łazienki.
- Cee - ee- zaa- rrr! - drę się w rytm stukania.
Chlupot.
- Co- o- o? - przedrzeźnia mnie, tyle że mówi to monotonnie i burkliwie.
- Chcę się wreszcie wykąpać!
- Dzięki za proppzycję, ale mam dziewczynę. Poszukaj innego partnera do wodnych igraszek, stary.
- Wyłaź wreszcie, siedzisz tam od kilku godzin! Wyglądasz już jak Mistrz Joda. Założę się, że zaraz zaczniesz dziwnie gadać!
- Wyjdę, kiedy będę miał ochotę - odpowiada dyplomatycznie Cezar.
Każdy wysiłek powoduje jeszcze większe wydzielanie potu, więc postanawiam zrezygnować z kłótni z naszą wielkonosą syrenką.
Człapię do kuchni, chcąc przynajmniej ochlapać sobie twarz. Pochylam się nad małym zlewem, dziwnym trafem niewypełnionym talerzami, i jak zwykle odkręcam niewłaściwy kurek, kierując na siebie fontannę gorącej wody. Przeklinam pod nosem i podejmuję drugą próbę.
Wycieram twarz w kawałek ręcznika papierowego, kieruję go lotem koszącym do przepełnionego kubła (trafiam) i nagle orientuję się, że ktoś siedzi w metalowym krześle przy okrągłym stole.
I cicho chichocze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentuj! Ale pamiętaj...
Nie akceptowane są wulgarne i obraźliwe komentarze oraz spam.